16 kwietnia 2014

Rowery

Jakoś nam się ciągle wspomnienia i początki CZEGOŚ włączają, więc dziś o rowerach jeszcze słów kilka :)

Jacek: Mój pierwszy rower, pewnie jak u większości osób, to był dziecięcy z doczepianymi kółeczkami (czyli 4 koła). Następny dostałem od chrzestnego na I komunie, trochę był nawet dla mnie za duży, ale i tak pocieszyłem się nim tylko tydzień, jakaś menda włamała się do piwnicy i go ukradła. Dla pocieszenia rodzice kupili mi składak "Jubilat" i na nim jeździłem długo, dopóki jako 16-latek, za odkładane pieniądze, kupiłem sobie sam wymarzony rower. Oczywiście wepchnięto mi szajs :/ nieletni nie powinni robić takich zakupów.
W końcu z kilku rowerów złożyłem sobie COŚ na czym jeździłem do dorosłości ;)
Dopiero w pierwszej połowie lat 90 już jako dorosły człowiek wyszukałem sobie rower jaki mi odpowiadał, dałem za niego prawie 2 ówczesne moje pensje, ale się opłacało, to był najlepszy rower jakim dotychczas jeździłem. Nie jeździłem daleko, raz w tygodniu do wujka (15 km w 1 stronę), jakieś wypady z kolegami i tyle. Służył mi wiernie bardzo długo, bo dopiero w 2011 roku został zastąpiony nowym trekkingiem.
                                                                       
Grażyna:  Ja swój pierwszy rower dostałam od dziadków mając ok 7-8 lat i okiełznanie go trwało jakby wieczność :o Technicznie byłam trudnym dzieckiem.... Następny to był również "Jubilat", nie nowy, któremu podczas zjeżdżania z górki, kierownica pękła jakoś w połowie :o Szczęście, że nie zdążyłam z tej górki się rozpędzić.
Kolejne rowery w Jackowym opisie :)
A tak w ogóle patrzenie na rower damskim, a męskim okiem to znaczna różnica. Dla mnie miał mieć 2 koła, kierownicę i pedały (bo i bez pedałów są), ale do głowy mi nie przyszło, że jadąc rowerem z górki można mieć problem, bo bez pedałowania się zatrzyma.... :/
Wiadomo, ok 40-stki człowiekowi zachciewa się zmian, więc przyszła pora na nowy rower.

Jacek: Kupno nowego roweru może się wydawać z pozoru bardzo prostą rzeczą, jednak czy tak jest?
Biorąc pod uwagę dostępną ofertę modeli na naszym rynku tj miejskie, górskie, trekkingowe, szosowe oraz wyczynowe, jak i rozbieżność cenową, zaczynającą się od 400 zł w marketach do... górna granica jest trudna do ustalenia i dorównuje cenie nowego samochodu średniej klasy... okazuje się, że wybór prosty nie jest.
Przed wyborem roweru dla Grażynki nie zastanawialiśmy się zbytnio, w jakim terenie będziemy jeździć, jak długie to będą wyjazdy, co z komfortem tej jazdy i prędkością jaką mamy zamiar się przemieszczać.
Wpisując w Google „jaki wybrać rower” znajdziemy wiele informacji na ten temat.
Dla Grażyny rower kupiliśmy w 2009 roku, nie wiedząc czy będziemy nim robić krótkie wycieczki po mieście, dłuższe wypady krajoznawcze czy dalekie trasy.
Zasugerowani ceną i niezłym wyglądem (pełna amortyzacja, hamulce tarczowe itp.) kupiliśmy rower górski z marketu w cenie 550 zł. Ja jeździłem w tym czasie swoim 14-letnim „góralem”, który jak na swój wiek trzymał się doskonale.
Testowaliśmy nówkę sztukę w różnych warunkach: miasto i las, lecz na bardzo krótkich trasach (5 do 10km) jednorazowo, gdyż jazda nim była dla jego właścicielki wyczerpująca fizycznie i psychicznie. Dosiadłem go osobiście i co się okazało? Kiedy ustawiłem przełożenie na środku z przodu i z tyłu jechał całkiem dobrze, ale kiedy chciałem ustawić inaczej, sprawiał już problem w jeździe, z górki trzeba było pedałować, a jego rewelacyjne tarczowe hamulce miały bicie którego nie udało mi się zniwelować. Po tygodniowej jeździe, w piątkowe przedpołudnie, postanowiłem udać się z nim do serwisu. Zdziwiłem się lekko gdy pan z serwisu na pierwszy rzut oka stwierdził, że jest to rower z marketu i ich się nie naprawia. Podpytałem go trochę, więc mi wyjaśnił, że my za cały rower zapłaciliśmy mniej niż jego 2 średniej klasy podzespoły. Co się okazało? Hamulce były z cienkiej blachy dobre do pierwszego hamowania, amortyzacja kiepskiej jakości nie spełniająca swojej roli tylko stanowiła dodatkowy ciężar roweru, dźwignie zmiany biegów były na 7 przełożeń a zębatek tylko 6 - i jak to miało poprawnie współdziałać?
Następnego dnia, czyli siódmego od zakupu, udało się nam zwrócić bubel i odzyskać pieniądze. Kolejny rower był ze sklepu rowerowego, gdzie sprzedawca doradził kupno roweru Enduro za 750 zł (nie był tak wypasiony jak tamten ;p) ale jazdę można było nazwać komfortową :D Prowadził się lekko i stabilnie na wszystkich przełożeniach, nic w nim nie skrobało i nie piszczało. Od chwili zakupu do tej pory, czyli przez 5 lat, przejechał bezawaryjnie ponad 10 tyś km. Z wyborem mojego roweru nie było tyle zamieszania i przykrych doznań, ale było to związane z większą wiedzą, większą ceną roweru i wcześniejszym doświadczeniem nabytym min przy kupnie w/w roweru.

Wynika z tego, że nie musimy wydawać paru tysięcy złotych na rower żeby jeździł, ale może te z marketów sobie darujmy.
W zeszłym roku i Grażynie zmieniliśmy jej wiernego rumaka na rower trekkingowy z tego powodu, że obecnie jeździmy do 1000 km w miesiącu o przelotach dziennych często przekraczających 100 km, a górale nie są przeznaczone do takich tras. Między innymi dlatego, że są o wiele wolniejsze i trudno na nie zapakować bagaże.
Jeżeli chodzi o rowery trekkingowe, aby cieszyć się bezawaryjną jazdą przez parę sezonów wiedzieliśmy już, że musimy zainwestować od 2 tyś zł wzwyż...
Szukając odpowiedniego roweru za rozsądną cenę udaliśmy się do sklepu jedynego w naszym miasteczku (haha ;p) by się rozejrzeć. Rozglądaliśmy się tak przez rok, zaglądając do sklepu średnio co 2 miesiące oraz przeglądając oferty w internecie. Dopiero w kwietniu ubiegłego roku nabyliśmy rower, który ma dość dobry osprzęt, ale okazał się... składakiem :/ To wyszło kilka miesięcy później i już nic nie dało się zrobić. Cóż, nie wiemy wszystkiego, niestety...
Powrót do domu na nowym rowerze był pozytywnym zaskoczeniem dla Grażyny, mówiła, że miała wrażenie jakby całą drogę jechała z górki :) Na swoim góralu osiągała średnią prędkość, na dłuższych trasach, w granicach 18 km/h, na obecnym ok 25 km/h. Tak jak nie nadążała za mną i musiałem na nią czekać, teraz ja nie jestem w stanie nadążyć za nią.



Grażyna: No nie tak do końca z tymi pozytywami ;p
One się ujawniły już w drodze do domu, ale pierwsze wrażenie było... no miłości nie było!
Po napompowaniu kół i ustawieniu przerzutek, pan oddał mi rower do testowania.
To był koszmar!!! Wyprostowana sylwetka (jak w rowerach miejskich), zbyt krótka odległość siodełka od kierownicy, wszystko nie tak! Zniechęciłam się momentalnie i właściwie byłam na NIE. Ale po kilku poprawkach odsunięciu i podniesieniu siodełka, ustawieniu kierownicy, przesunięciu klamkomanetek zrobiło się całkiem fajnie :)
I jest fajnie już ponad rok :) choć uwiera fakt, że zostaliśmy "lekko" oszukani...

Jacek: Teraz mamy w planach ponowną wymianę rowerów, tym razem wybór będzie przemyślany. Chcemy identyczny model z tym, że damski i męski. Nasz wybór padł na Batavus Venturo i na razie pozostaje w sferze marzeń, które przecież się spełniają... ;)



Grażyna: ... może sprzedamy samochód.... a kasę przeznaczymy na realizację marzeń!  ;p ;p ;p 

                                                                                                   
 Jacek i Grażyna




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz