28 lutego 2021

Z Jackowego pamiętnika - Krowa.

Pewnego poranka, jak tylko zaczynałem dyżur, na komisariat przyszedł pan zgłosić kradzież krowy. Była na łące za domem. Gdy obudził się rano już jej nie było. 
Dla osoby z miasta może wydać się to śmieszne, ale dla niego była to najcenniejsza rzecz, jaką posiadał. 

Sprawę potraktowałem poważnie, tak jak poważna była dla zgłaszającego. Papierkową robotę zostawiłem na później i pojechaliśmy w miejsce z którego krowa zniknęła. 500 kilogramowe zwierzę nie rozpłynęło się w powietrzu, nikt też nie wziął go pod pachę i nie wyniósł. Skoro nie było śladów krwi musiała odejść na własnych nogach. 

Nie myliłem się. Ślady krowich racic prowadziły do sąsiedniej gminy, gdzie komendantem był mój kolega. Razem ze zgłaszającym pojechałem do tamtejszego komisariatu. Zastałem w nim kolegę komendanta. Po przedstawieniu sprawy, też potraktował ją poważnie i razem udaliśmy się w miejsce, gdzie krowa przekroczyła granicę naszych gmin 😆

Po śladach dotarliśmy do zadrzewionego bagienka. Uradowany zgłaszający wrzasnął: "jest moja Mela, moja ukochana Mela się odnalazła"! 😍

Okazało się, że jest uwiązana do drzewa w miejscu niewidocznym z drogi tak, by nikt jej nie zobaczył. Złodziej ją tam uwiązał i pewnie czekał na odpowiedni moment by ją zabić, poćwiartować i zabrać do domu.

Radości zgłaszającego nie było końca. zabrał krowę i poszli do domu (jakieś 7 km trasą, którą krowa pokonała prowadzona w tę stronę).

My wróciliśmy na komisariat kolegi. Co dalej? Skradzione mienie zostało odzyskane w nienaruszonym stanie, ale nie wiemy kto ją ukradł, nie mamy nawet najmniejszego śladu złodzieja. Jeżeli oficjalnie, na papier przyjmą zawiadomienie o kradzieży strzelę gola (samobója) w statystykę, a przecież statystyka (wykrywalność) jest najważniejsza.


Każdy więc udał się do siebie, sprawa na tym została zakończona i wszyscy zadowoleni. 😝

Jacek

19 lutego 2021

Z Jackowego pamiętnika - motorower.

Różnica pomiędzy przestępstwem, a wykroczeniem jest niewielka bo wartość skradzionego przedmiotu do 250 zł to wykroczenie, a powyżej 250 zł to przestępstwo - (obecnie jest to 500 zł). 

Albo: pokonanie zabezpieczenia np. kłódki jest to kradzież z włamaniem stanowiąca przestępstwo, jak i odebranie przedmiotu przemocą lub groźbą użycia przemocy - (pierwsze rozbój, drugie wymuszenie rozbójnicze).

Teoria teorią, a praktyka rządzi się swoimi prawami. Dostałem notatkę: "nieznany sprawca wtargnął na posesję Pana xxx i z niezabezpieczonego pomieszczenia gospodarczego dokonał kradzieży motoroweru wartości 200 zł, następnie wrócił po stojący tam rower wartości 500 zł, lecz kradzieży roweru nie dokonał, gdyż został spłoszony przez właściciela posesji."

Notatka była tak sformułowana by sprawę umorzyć bez szukania sprawcy. W rozmowie z właścicielem ustaliłem, że zabezpieczenie było. Kłódka, która została zniszczona i zabrana nie ulotniła się sama, a nie jest w gestii zgłaszającego, udowodnić, że kłódka tam była. 

Druga sprawa to rower który był wystawiony pod drzwi, przygotowany do zabrania. Usiłowanie kradzieży przedmiotu wartości 500 zł - przestępstwo jak wół. 

Notatkę jednak tak trzeba było napisać, by było to wykroczenie. Lepiej umorzyć wykroczenie niż przestępstwo - zepsuje statystyki wykrywalności. Pozostaje jeszcze kwestia spłoszonego sprawcy. 

Facet twierdzi, że sprawcę zamknął z rowerem w pomieszczeniu i przetrzymał do przyjazdu Policji. Dlaczego nie został wylegitymowany tylko wypuszczony jako nieznany? Totalna amatorka. Do tej pory pozostanie to dla mnie zagadką dlaczego tak postąpiono. I dlaczego napisano notatkę pod umorzenie skoro mieli sprawcę? 😏

No dobrze, nie jestem z tych co umarzają przed wszczęciem. Brnę dalej w rozmowie ze zgłaszającym, czy jest go wstanie rozpoznać? OCZYWIŚCIE - słyszę, więc Pana do radiowozu i jedziemy na wycieczkę objazdową po wsiach. W pewnym momencie słyszę: - to on! 

Zgłaszający do domu, a jego miejsce zajmuje ten ON - wskazany sprawca. Po krótkich pertraktacjach jedziemy w miejsce ukrytego motoroweru. Nadal tam jest. Skradziony przedmiot odzyskany.

Sprawca przesłuchany, sprawa zakończona w ciągu jednego dnia pracy. ☝

Tak mi się wydawało, ze jest zakończona. Skoro jest sprawca i skoro odzyskano skradziony przedmiot to dlaczego nie zrobić z tego z powrotem przestępstwa? Oczywiście, że się da, tyle że moja praca została przypisana temu, który zamykał przestępstwo, bo przecież sprawa miała zostać umorzona. 👀




Te absurdy do końca mojej policyjnej kariery nie przestały mnie zadziwiać. 🙈


Jacek

9 lutego 2021

Z Jackowego pamiętnika - dyskoteka.

           Roku nie pamiętam, na pewno przed 2000. 

Na interwencje do dyskoteki jeździło się jeszcze we dwóch, a nie jak teraz, busem w co najmniej ośmiu.

Jakaś awantura, bójki. Weszliśmy do środka. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem to wyłączenie muzyki. 

Cisza, konsternacja, co się stało? Wziąłem mikrofon od DJ:  "witam Państwa, kończymy dzisiejszą imprezkę". Parę osób nie umiało się zachować, więc stracą wszyscy.

Podeszła do mnie dziewczyna, z wyglądu 18 - 19 lat. Powiedziała, żeby nie zamykać imprezy, a ona zadba o porządek 😂

Była tak uciążliwa, że wziąłem ją na ręce, wyniosłem z dyskoteki i zaniosłem do busa (bus był na wypadek jakby trzeba było kilka osób odtransportować do wytrzeźwienia).

          Nagle dziewczyna do mnie: "zabierz mnie do domu, będę twoją żoną. Nie, taki facet żonę już na pewno ma, to będę twoją kochanką, będę prała, sprzątała i gotowała tylko zabierz mnie ze sobą". 

Przyznam, że nie spodziewałem się, że mogę być aż tak atrakcyjny dla pań, chociaż byłem jeszcze wtedy piękny i młody. 😂

Dyskoteka została zamknięta, a po "sympatyczną" panią zgłosił się brat, który ją zabrał do domu, do ich domu 😏 




Jacek


3 lutego 2021

Z Jackowego pamiętnika.

          Wioskowy komisariat rządzi się swoimi prawami. Wszyscy się znają, a policjant musi wyrobić sobie markę albo przenieść się do miasta, gdzie zniknie w tłumie. 

          Był jeden facet duży i silny, a do tego bardzo uciążliwy. Nie było na niego mocnych, nikt sam od siebie nie podejmował interwencji, a na zgłoszenie wyjeżdżało co najmniej czterech, porządnie wyposażonych funkcjonariuszy.

          Przybył na posterunek młody policjant, prosto po szkoleniu. Nie wiedział, że nie wolno tam jeździć w pojedynkę, a na wypadek interwencji ma wzywać pomoc z powiatówki. 

          Zgłoszono interwencję i pojechał. SAM. 

Nie wiedząc o tym, że gość jest silny, duży i nosi miano postrachu całej okolicy, sponiewierał go przy obezwładnianiu i takiego utytłanego w piachu zapakował do radiowozu i dostarczył do Powiatówki.

Poprzez niewiedzę albo dzięki niewiedzy, młodego policjanta, skończyły się interwencje wobec tego pana. 

Nasuwa mi się taki morał: 

- Każda kosa kiedyś musi trafić na kamień.

Gdyby ktoś chciał się podzielić swoimi wrażeniami odnośnie którejś z opisanych historii proszę o komentarz. 😉




 Jacek         

19 stycznia 2021

Z Jackowego pamiętnika - Biuro Rzeczy Znalezionych

           Ostatnie pięć lat pracowałem w Komendzie Powiatowej jako dzielnicowy. Częścią obowiązków dzielnicowego było prowadzenie różnych drobnych spraw np. kradzieży, które ze względu na niewielką wartość kwalifikują się na wykroczenie, a nie przestępstwo. Trzy takie sprawy opiszę w kolejnych postach gdyż różniły się od wszystkich pozostałych. 

Dziś opowiem coś innego. 

Zdarzało się, że ktoś znalazł cudzą rzecz i przyniósł na policję. Pewnego dnia dyżurny przyjął znaleziony telefon komórkowy. Dostał go kolega z pokoju obok. Co ten "biedak" miał teraz z tym telefonem począć? Za godzinę kończymy dyżur, a tu chłop dostał problem na głowę. Jak na geniusza przystało znalazł najprostsze rozwiązanie aby się telefonu pozbyć, a się nie napracować. Odda telefon do Biura Rzeczy Znalezionych. 

Poinformował mnie niezwłocznie, oczekując zapewne pochwały za swoją błyskotliwość. Spytałem go czy wie, że ten telefon poleży tam 2 lata, nikt się po niego nie zgłosi, bo raczej nikt nie szuka zgubionego telefonu w takich miejscach. Po dwóch latach nie będzie się już nadawał do użytkowania i zostanie zniszczony. 

On na to: "To co mam zrobić?"

- Jak to co? Odnaleźć właściciela.

Zrobił tak głupią minę, że aż mi się go szkoda zrobiło. " Jak? nie da się."

Wszystko się da. Daj mi ten telefon, a właściciel lub inna osoba przez niego wskazana, zgłosi się po telefon w ciągu godziny. 

Roześmiał się jakby usłyszał dowcip stulecia, ale telefon oddał. Był zabezpieczony hasłem więc o pomoc musiałem poprosić policyjnego informatyka. Kilkanaście sekund i telefon działał. 

Zrobiłem najprostszą rzecz jaką można było zrobić. Otworzyłem książkę telefoniczną i zadzwoniłem pod "mama". Odebrała kobieta z niepewnym głosem, przedstawiłem się i spytałem o właściciela telefonu. Oświadczyła, że to jej syn. Zgubił kilka godzin temu ten telefon i nadal rozpacza nad stratą. Powiedziałem gdzie ma się zgłosić i już po 45 minutach miałem go u siebie. Wezwałem nawet do siebie kolegę by mu pokazać, że praca policjanta nie polega na tym, aby jak najprędzej pozbyć się problemu, ale jak najkorzystniej sprawę wyjaśnić.



Jacek

16 stycznia 2021

Z pamiętnika policjanta: traktor.

          Przyjechał do mnie na komisariat  policjant ruchu drogowego zaprowadzić trochę porządku na drogach. Wiadomo, że miejscowy policjant powinien dbać o przychylność mieszkańców, przydaje się ona w trakcie prowadzonych spraw karnych. Informacje od mieszkańców bywały bezcenne.

Jeździliśmy razem po wsiach. Około godziny 17.00 widzimy traktor z doczepioną z tyłu broną która ciągnęła się po asfalcie rysując go zamiast być podniesiona. Kierujący nie chciał się zatrzymać, musiałem wskoczyć do jadącego pojazdu i wyłączyć zapłon. 

Okazało się, że kierujący miał ponad 3 promile alkoholu w wydychanym powietrzu. Na pytanie dlaczego w takim stanie jedzie odpowiedział: "przecież pole trzeba orać". 

Teraz co zrobić z traktorem? Nie może zostać na jezdni. Ściągnąć lawetę i odholować na parking, co wiązałoby się z utratą ciągnika na zawsze, bo nie byłoby go stać na wykupienie jeżeli nie zrobiłby tego następnego dnia. Druga opcja to wskazanie przez kierującego osoby trzeźwej z uprawnieniami do kierowania ciągnikiem rolniczym. 

Szukamy więc kierowcy. Po przebadaniu 6 czy 7 wskazanych osób okazało się że wszyscy mieli powyżej promila alkoholu. Trafił się nam gość z 0.3 promila. Nasz rolnik: "panowie, ten musi być, bo o tej porze trzeźwiejszego we wsi nie znajdziemy" 😂

Nasza Polska wieś. O godzinie 17 już nikogo trzeźwego we wsi nie znajdziemy...



Jacek

 

13 stycznia 2021

Z Jackowego pamiętnika.

           Początek roku 1996, pracowałem w archiwum przy porządkowaniu dokumentacji pomilicyjnej. Trzeba było przebrać co zostawić do ewentualnego wznowienia w przyszłości, a co do zniszczenia. 

Wiele było ciekawych treści w notatkach, ale jedna utkwiła mi w pamięci do dziś.

          "Po przybyciu na miejsce wypadku okazało się, że na ulicy leży mężczyzna, to był denat. Podjąłem reanimację. Reanimacja nie przyniosła skutku, denat nadal był martwy. Obok leżał pies, też denat." 😂

          Sytuacja prawdziwa, moja: wyszedłem na jeden z moich pierwszych patroli. Czym można uszczęśliwić "świeżaka" jak nie patrolem pieszym. Patrolując dumnie park, zobaczyłem kobietę jak wskazuje nas dziecku i mówi: "popatrz wnusiu, jak się nie będziesz uczył, będziesz pracował jak ci panowie"

By nie zniechęcić na dziś już koniec. 

Niedługo się znowu odezwę, bo mi się pewna historia przypomniała. 😁


Jacek

10 stycznia 2021

Pamiętnik


         Nie wiem ile osób wie o tym, że byłem kiedyś policjantem. Służyłem prawie od początku prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, a zakończyłem z końcem prezydentury Bronisława Komorowskiego. Nie wiedziałem jeszcze, że kolejny rząd przemianuje Policję w Milicję Państwową, ale coś mi podpowiadało, żeby stamtąd odejść. Jednak jest to odrębny temat.

        Podczas tych kilkunastu lat przeżyłem sporo ciekawych, czasem drastycznych, czasem nawet śmiesznych sytuacji. 

Teraz po latach żałuję, że nie prowadziłem pamiętnika bo wiele wątków uleciało całkowicie z pamięci, a było by o czym opowiadać wnukom. 

         Pracując na wioskowym, siedmioosobowym komisariacie, niedzielny dyżur w pojedynkę zapowiadał się spokojnie. Nagle telefon z jednostki powiatowej: "udaj się do miejscowości ... sołtys znalazł zwłoki w mieszkaniu". 

Po przybyciu na miejsce okazało się, że mieszkanie jest zamknięte i podejrzewają tylko zgon sąsiada. Krótki wywiad: sąsiad od kilku dni nie był widywany. Drabina pod okno, faktycznie ktoś leży na podłodze przy łóżku. Szybko wspólnie z sołtysem wyważyliśmy drzwi. Zaduch w mieszkaniu był paskudny, ale nie był to zapach ludzkich zwłok. Nacisnąłem mu na tchawicę i wyszło powietrze z minimalnym ruchem. Telefon do dyżurnego: "dawaj mi tu szybko karetkę bo Twoje zwłoki ożyły"

Mężczyzna niespełna sześćdziesięcioletni został odratowany. Po paru tygodniach w rozmowie z lekarzem interweniującym, dowiedziałem się, że był odwodniony, w stanie skrajnego wyczerpania i po kilku kolejnych godzinach nie było by już co ratować. Nie wiem jak to nazwać? Tak po prostu miało być, to jeszcze nie był jego czas? 



Pamiątkowe zdjęcie z wnukiem Grażynki, które się zachowało.


Jacek

7 czerwca 2020

Tymczasowo :-)

Grażyna:
Nasz dom otworzył się na psy.
Zaczęło się od Majki, małej suni którą właściciele na siłę chcieli uśpić, twierdząc, że pies ma 15 lat.


Napisała do nas wetka naszych zwierząt, czy moglibyśmy pomóc, bo jeśli nie znajdzie się dom tymczasowy to następnego dnia sunia zostanie uśpiona...
Maję widziało 3 lub 4 weterynarzy i żaden nie potwierdził jej niby 15 lat, max 7 😏
Dziś Maja to Lusia, ma cudowny dom stały, żyje, biega i ma się świetnie 💗

Jacek:
Spędziłem z Majką trochę czasu, nie zachowywała się jak stary pies, jej energia wskazywała na 4 - 5 lat, a nie 15. W pierwszym tygodniu wyszedłem na spacer z nią i naszymi psami, chciałem sprawić jej radość biegania spuszczając ją ze smyczy. Efekt był taki, że po kilku godzinach została znaleziona w oddalonym o prawie 25 km Straszynie i odwieziona do schroniska w Tczewie. Następnego dnia odebrała ją stamtąd Grażynka i to był przełom, chyba zrozumiała ,że jej dom jest tu gdzie my, bo już nie podejmowała prób powrotu do domu, który chciał ofiarować jej śmierć.
A my zrozumieliśmy, że nie spuszcza się obcego psa ze smyczy przez minimum pierwsze 2 tygodnie.

Grażyna:
Czasami proponowaliśmy dom tymczasowy psiakom skrzywdzonym przez człowieka, ale z racji naszego miejsca zamieszkania oraz posiadania 2 psów i 3 kotów, na naszych chęciach się kończyło.
Do czasu...
Na ekranie monitora, w pewną zimową noc, ukazał się naszym oczom Dyziek (przez eR zwany Cymbałem) i ponownie zaproponowaliśmy dt. (foto zapożyczone z neta)


No wiadomo, że nad takim psem nie można przejść obojętnie 😂
Umówiliśmy się na spotkanie i... psy zweryfikowały wszystko! Ok 10 kg Dyziek chciał zeżreć 35 kg Fado, więc obawiając się o zdrowie psychiczne naszego psa, eR stwierdziła iż Dyziek u nas zostać nie może.

Jacek:
Ja też obawiałem się, że po powrocie z pracy możemy zastać w domu zwłoki (Dyźka czy Fado), ale zwłoki, gdyż Fado dawał wyraźne sygnały...

Grażyna:
Jednak żebyśmy nie czuli się jacyś odrzuceni czy co, Renata postanowiła, że przyjedzie do nas Negra. Zapoznanie na podwórku było czystą przyjemnością, ale już na drugi dzień psy pokazały co potrafią 😂


Po tygodniu była już tylko przyjaźń 😍
Negrusia 5 lat tkwiła przy budzie, na łańcuchu. Gdy została zabrana miała trójkę swoich pociech. Dziś cała czwórka ma swoje najlepsze domy, kochającego człowieka i już żadna zima im nie straszna 😍



Negra była z nami 2 miesiące.

Jacek:
No Negra była wyjątkowym psem, w domu grzeczna i ułożona, a na zewnątrz zew wolności. Ciągnęła na smyczy strasznie. Jedynie na przypiętej do pasa 10 metrowej lince i moim biegu na dystansie 12 - 16 km, biegła nie ciągnąc. Często więc biegaliśmy we czwórkę: ja, Fado, Masza i Negra


Grażyna:
Tego samego dnia, w którym Negra pojechała do swojego stałego domku, przyjechały 2 sunie z 4 znalezionych. Ich historię można poznać TU
Nigdy nie mieliśmy do czynienia z tak ciężkim kalibrem strachu. Co więcej, nigdy nie widzieliśmy na oczy tak panicznie bojących się psów. Bojących człowieka...


Mija i Rutka przez 2 dni nie schodziły z łóżka, nie wychodziły na zewnątrz, wszystkie swoje potrzeby załatwiały tam, gdzie akurat były. Przez pierwszy tydzień wynosiliśmy je na rękach na podwórko i wnosiliśmy do domu, bo sunie nie były w stanie przejść przez barierę drzwi, a właściwie futryny.
Po dwóch tygodniach dopadło mnie zmęczenie, rezygnacja, zniechęcenie...
Miałam wrażenie, że toczę walkę z wiatrakami, tym bardziej, że dziewczyny nie tolerowały Jacka, a on się szybko poddał i zrezygnował z prób wchodzenia w ich łaski.
Nie brały od niego smaczków, ani jedzenia, nie wychodziły z nim na spacery, nie dały nawet zapiąć się na smycz. Cała praca przy nich spadła na mnie.
Dziś to już prawie 3 mies jak sunie trafiły do nas. To już zupełnie inne psy, ale nadal wymagające ciężkiej pracy.
Rutka po miesiącu znalazła fantastyczny dom stały u Ewy, która poświęca jej swój czas, uwagę i mocno się dokształca w temacie psów lękliwych. Rutka ma dom pełen miłości 💗


Mija była ze mną 2 i pół mies. To był fantastyczny czas kiedy mogłam obserwować jak pies się otwiera i że to ja ją ośmielam, a nie moje psy. Ta jej radość na mój widok, ten kręcący się cudowny ogon i oczy pełne psiej miłości. Najchętniej zostawiłabym ją w domu, ale nie miałam zgody Jacka, zresztą nadal go się bała, więc byłoby bez sensu ją zatrzymać.


I wtedy zjawili się ONI.
Rodzina dwa plus trzy.
Umówiliśmy się na spotkanie. Jedno, drugie, trzecie, wizyta u behawiorysty, rozmowy, informacje i po dwóch tygodniach spotkań Mija zmieniła dom tymczasowy na stały.
Trudne to było dla mnie rozstanie gdyż łączyła nas silna więź.
Dziś już wiem, że moje lękliwe tymczasy trafiły do wspaniałych domów, bo czyż słowa: "Grażynko, Mija spowodowała, że nasza rodzina zbliżyła się do siebie" - nie są tego potwierdzeniem? 
Wiem też, że te dwie sunie przyszły do mnie, abym lepiej mogła poznać siebie 😉

Jacek:
Tak to były najtrudniejsze psy, aby je wyprowadzić na podwórko musiałem je gonić po mieszkaniu by zapiąć na smycz. Nic się nie zmieniło do końca ich pobytu u nas. Może to trauma doznana od mężczyzny w okresie zanim do nas trafiły? Zastanawiałem się nad ich mięśniami, a mianowicie ich brakiem, jakby nigdy nie chodziły i strachem przed przestrzenią, jakby całe dotychczasowe życie spędziły w klatce. Na szczęście teraz będzie tylko lepiej.

Grażyna:
W międzyczasie Renata wykopała skądś 3 szczeniaki: Kratkę, Kreskę i Kropka, które trafiły do nas na ok 2 tyg.


Mija była dla nich wspaniałą nianią 😆



Szczylki poszły do adopcji i wtedy przyjechał Norek z Norką, psiaki z lisiej norki z lasu. Małe dzikuski, jednak Norek szybko ogarniał zmiany. Fajny był z niego mały łobuz, a jednocześnie mądrala.


Norka była bardziej wycofana i potrzebowała więcej czasu na zaakceptowanie nowej sytuacji.


Jednak po miesiącu pobytu u nas, jej zachowanie zmieniło się o 360 stopni i zrobił się z niej słodki, przytulaśny psiak 😍
A jeszcze jak Norek z Norką byli u nas to z adopcji wróciła Kratka 😔
Czasami tak się dzieje, że ludzie nie radzą sobie z psami i lepiej oddać niż wyrzucić. 
Krateczka wróciła trochę "okaleczona", jakby z lękiem separacyjnym. Musieliśmy zabierać ją do łóżka bo bardzo rozpaczała pod drzwiami. Zasypiała na mojej szyi 😊
Teraz malutka jest już w swoim super domku 💗

Norek znalazł dom, co mnie nie dziwi bo przy jego wyglądzie i charakterze też bym się o niego "biła" 😂
Norka jeszcze była z nami, gdy okazało się, że o 2 w nocy trzeba jechać do Pruszcza i odebrać z ciężarówy cztery! szczeniaki z Podlasia 😁



Co robić, no bidy pomocy potrzebują, ale widzę, że moje psy mają DOŚĆ.
eR powiedziała, że rezydenci na ogół nie lubią szczeniaków i trzeba dać im odpocząć. 
No ok moi rezydenci, obiecuję, że jak ta banda stąd wyfrunie to odpoczniecie.
Miesiąc wystarczy? 😆

Radość, poczucie bycia potrzebną, pomaganie (wolę zwierzętom) to jest to co mi daje dom tymczasowy dla psów 😍 Odnalazłam się właśnie w TYM świecie i wydaje mi się, że Jacek również, ale ON o tym sam napisze 💗


Jacek:
To prawda, odnalazłem się w pomaganiu psim biedom (nie udało się z Miją i Rutką), ale z pozostałymi tak. 
Nawet mam możliwość pracować tylko 2 dni w tygodniu. Pozostałe dni mógłbym poświęcać psom, wychodzić na kilkunasto kilometrowe spacery połączone ze szkoleniem dobrych manier potrzebnych w nowym domu. Niestety, jak nie pracuję nie zarabiam, a muszę pracować by zapewnić godne życie, naszym i wszystkim innym przechodzącym przez nasz dom, psom. Nasze trzeba utrzymać. 
a tymczasom poświęcić czas, uwagę, dać siebie 😀
Cieszymy się, że znowu łączy nas nowa wspólna pasja, tak jak wcześniej rower i bieganie.

Grażyna i Jacek

1 maja 2020

Długo planowany urlop

Jacek:
Zaplanowaliśmy wyjazd na Mazury z rowerami, by powspominać dawne czasy.


Dojechaliśmy na dworzec w Pruszczu Gdańskim, a stamtąd pociągiem do Ełku.


Po dwóch dniach spacerków i krótkich wycieczkach rowerowych,



ruszyliśmy do Pisza (ok 55 km, drogą samochodową).

Zanim to jednak zrobiliśmy, zgubiłam portfel z całym zapleczem finansowym na wakacje...
Tylko dzięki bardzo uczciwej kelnerce z restauracji Biały Żagiel, która go znalazła, cała zawartość wróciła do mnie.

Chcieliśmy sobie skrócić jazdę i po chwili wybraliśmy drogę rowerową, sugerowaną przez nawigację - wyszło nam ponad 60 km i 2 godziny dłużej.
No cóż, nawigacja nie zawsze pomaga 👅


Po przyjeździe do Pisza czekał na nas grill w najfajniejszym towarzystwie 👯
Alu, Jurku - DZIĘKUJEMY za gościnę 💓


Następnego dnia, przed południem, ruszyliśmy do Mikołajek, gdzie zjedliśmy smaczny obiad w knajpce "Na hamaku" - polecamy 😊


 i dalej do Wilkas, gdzie planowaliśmy nocleg.


Do Mikołajek miało być około 30 km z dodatkową atrakcją w postaci króciutkiej przeprawy promem przez Jezioro Mikołajskie, tam obiad i dalej 30 km do Wilkas.
Nie wyszło jak planowaliśmy, prom był nieczynny (i żadnej informacji o tym na trasie).

 

Musieliśmy objechać jezioro, co dało nam ponad 90 km.
Wcześniej byłby to lajcik, teraz prawie ponad nasze siły.
O noclegu, może lepiej wypowie się Grażynka.

Grażyna:
He he, my jak nie błądzimy to nadrabiamy kilometry 😂
Już nie raz i nie dwa mieliśmy nauczkę, że jak chcemy szybko przejechać, to trzeba drogami asfaltowymi, a nie rowerowymi.


W Mikołajkach myślałam, że jak przejadę choć km więcej to umrę, ale naleśnik
i piwo dało nam niezłego kopa 😍



Nocleg w Wilkasach załatwiałam ja. Chciałam jak najtaniej, żeby tylko było gdzie spać i kasa na przyjemności została.
Wiedziałam jak wyglądają te domki i 30 zł/os/24 h było dla mnie ok za standard bez standardu.
Jednak totalnie rozwaliła mnie informacja, że żeby wziąć prysznic musimy wykupić żetony.
Cena?
5 min pod prysznicem = 12 zł/os  😁
Odpuściliśmy.
Przez 3 doby myliśmy się w wiaderku, a ciepłą wodę Jacek przynosił z toalety (z kranu, żeby nie było 😋).
Dobrze, że za siusianie nie trzeba było płacić 2 zł/os ...


Całe nasze plany o rowerowym urlopie musieliśmy zweryfikować gdyż nie mieliśmy siły jeździć.
Jednak dzielnie maszerowaliśmy na długie spacery. Głównie do Giżycka.
Umówiliśmy się z Alą i Jurkiem, że nas odwiedzą.
Spędziliśmy fajny dzień, włócząc się po Giżycku i Wilkasach.



Odwiedziliśmy papugarnię 





zjedliśmy obiad w Omedze, lody w Batorym i dzień minął nie wiadomo kiedy...

W Wilkasach, już tylko we dwoje, odwiedziliśmy Tawerna Rozbitek
Zamówiliśmy wielką pizzę i była to najlepsza pizza jaką jadłam do tej pory 👌


Czas na Mazurach dobiegł końca...
W dzień wyjazdu poszliśmy do Doner Kebab na najsmaczniejszego kebaba w Giżycku. 


Od lat smak ten sam 😋
Czas było dotrzeć na dworzec i pożegnać ukochane Mazury 😢


P.S.
Tekst powstawał od zeszłego roku. Nie byłam w stanie go skończyć...
Dziś, w czasie koronawirusa, kiedy nie jest nam dane cieszyć się wolnością taką jak rok temu, zapragnęłam go dokończyć.
Bo warto wspominać i mieć nadzieję na lepsze jutro 💓



Grażyna i Jacek 

18 września 2019

Come back

Czas ucieka nieubłaganie, a my się mocno zawiesiliśmy.
Życie nas przytłoczyło 😱
Ale zbieramy się do powrotu na łamy naszego dziecka, czyli bloga 😉
Trochę się zmieniliśmy, trochę postarzeliśmy, ale w duszy ciągle jeszcze COŚ nam gra...




 Buziaki i do zobaczenia.



20 stycznia 2019

27 Finał WOŚP



Tydzień....
7 dni...
168 godzin dzisiaj minie od ataku na Prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza.
Byłam w drodze z Olsztyna do Gdańska, kiedy na stacji benzynowej TVN24 podawało, że Pan Prezydent nie żyje.
Nigdy nie poznałam go osobiście, choć jestem gdańszczanką, ale wiem jak dużo dobrego zrobił dla tego miasta. Wiem też, że musiał być dobrym człowiekiem, skoro przez ponad 20 lat ludzie w niego wierzyli.

Odszedł, bo tak chciał los...
To była strasznie bezsensowna śmierć, przez którą wielu z nas jest pogrążonych w smutku i żałobie, ale mam nadzieję, że NIKT nie ośmieli się z tej tragedii zrobić męczeńskich miesięcznic.
Pan Prezydent tworzył dobro i jestem przekonana, że patrząc na nas skądkolwiek, liczy, że nie zaprzestaniemy kroczyć drogą dobroci, empatii, poszanowania, zrozumienia, miłości...
W to chcę wierzyć.

Od tygodnia targają mną różne emocje: złość, gniew, żal, smutek i łzy, wiele wylanych łez.
Mogłam sobie na nie pozwolić.
Tak bardzo mi przykro z powodu Pani Magdaleny, Antoniny i Tereski.
Tak strasznie było patrzeć na ból rodziców Pana Pawła...
A gdzieś tam z tyłu sączył się straszliwy jad...

Czas przestać!
Teraz!
Natychmiast!

Zachowujemy się jak bezrozumne marionetki, które dają sobą manipulować...
Wystarczy!


Możemy mieć różne poglądy, zainteresowania, wierzyć bądź nie nawet skrajnym ugrupowaniom politycznym, ale przestańmy pluć jadem, sączyć hejtem, mordować się nawzajem dosłownie i w przenośni.

Może to zło, które czynimy, zamieńmy w dobro...
wolontariat, chora sąsiadka, porzucone zwierzęta itp, itd.
Rozejrzyj się! Roznosi Cię energia?
To zrób coś dobrego. Dla siebie i innych.
Mogłabym tak pisać bez końca, ale skończę.

JA MÓWIĘ STOP PRZEMOCY I NIENAWIŚCI W MYŚLACH, MOWIE, PIŚMIE ORAZ ZACHOWANIU!

Oczywiście jestem MUREM ZA OWSIAKIEM i bardzo się cieszę, że nadal będzie dyrygentem najcudowniejszej orkiestry świata.


#MuremZaOwsiakiem

Grażyna