22 stycznia 2015

Fotografia


Jacek:
Zastanawia mnie dlaczego teraz tak trudno trafić na zakład fotograficzny, gdzie osoba naciskająca na przycisk migawki aparatu umie robić zdjęcia. Może dlatego, że w tej chwili do aparatu fotograficznego ma dostęp każdy i każdemu się wydaje, że umie, gdyż te zdjęcia robi (dziś w necie aż się roi od "słit foci z rąsi").
Gdy chcę zrobić zdjęcie legitymacyjne czy do dowodu to chcę, aby było zrobione profesjonalnie a nie tylko "PSTRYK". Jakby mi wystarczało  "PSTRYK" to bym skorzystał z automatu.

Grażyna:
Trochę się czepiasz, nie sądzisz?
Faktem jest, że niektóre fotki nie powinny ujrzeć światła dziennego, a zakłady fotograficzne są różne (tzn ludzie w nich pracujący), ale to nie znaczy, że jak ktoś nie jest po odpowiednich szkołach czy kursach nie ma prawa robić zdjęć czy ich pokazywać publicznie. Skoro taka możliwość istnieje...
Nie wszyscy muszą być w tym temacie doskonali I CAŁE SZCZĘŚCIE, bo zalałyby nas "wyfotoszopowane cud focie" ;-P


Jacek:
Fotografia jest sztuką, tak jak malarstwo czy rzeźbiarstwo i trzeba mieć do tego talent. O ile malarz czy rzeźbiarz jest skazany na własne zdolności manualne o tyle w fotografii technika jest posunięta do tego stopnia, że praktycznie aparat zdjęcia robi sam.

Grażyna:
Dobrze zauważyłeś - fotografia jest sztuką - a przynajmniej tak mi się wydawało...
Ale odnośmy się tylko do własnych odczuć, nie obrażając nikogo.
Dla mnie artysta to ten, który bez większych poprawek tworzy dzieło. Np malarz. Przecież nie wsadzi swojego obrazu do komputera i Photoshop-em go nie ulepszy. A ze zdjęciami tak właśnie się robi. W dzisiejszych czasach trudno już nawet znaleźć oryginalne zdjęcie :/
Sam powiedz, czego brakuje moim niedopracowanym zdjęciom...







No może to ostatnie bardzo rozmyte, ale dla mnie swój urok ma :-) Własnie... dla mnie...
Jacek:

Te zdjęcia bez jakiejkolwiek obróbki, jak dla mnie są naprawdę dobre, ale zawsze mówiłem, że masz talent do fotografii. Jak będę potrzebował fotki do dowodu zamówię ją u Ciebie :)

Ostatnio w jednym z programów telewizyjnych usłyszałem, że w dzisiejszych czasach modelka ma być tylko szczupła i naga, resztę zrobi Photoshop. Może to i prawda. Photoshop-em można osobę odmłodzić, postarzeć, usunąć wszelkie niedoskonałości, powiększyć biust, zmienić karnacje a nawet kolor włosów. Tylko czy to jest sztuka?


Grażyna:
Smutne to, prawda?
Na zdjęciu WSZYSTKO musi być doskonałe.... No bo jak wstawić fotę np na fb, gdy jesteśmy o 10 kg więksi i 10 lat starsi :-P Chcemy być tacy idealni, że aż stajemy się nieprawdziwi...
Jedno z moich marzeń brzmi: "zestarzeć się z godnością i kochać każdą zmarszczkę na swoim ciele". I tak będzie :-D a Ty te zmarszczki będziesz kochał razem ze mną! ;-)


Ta pięknie poprawiona kobieta... No nie ma zmarszczek, pozbawiono ją przebarwień, wygładzono skórę, na dłoni również, ale czy jest prawdziwa? Czy naprawdę w sztuce fotografii chodzi jej twórcom o przekłamanie i nieprawdziwość obrazu?

Jacek:
Historia fotografii sięga bardzo daleko i powstawała stopniowo wraz z wynajdywaniem odczynników chemicznych do utrwalania obrazu. Pierwszy trwały obraz zarejestrowany przez Josepha Nicepfore Niepce powstał w 1827 roku, był bardzo drogi i powstawał przez osiem godzin na twardej płytce.
Niepce eksperymentował ze związkami srebra, bazując na odkryciu Johanna Heinricha Schultza z 1724 roku. Odkrycie to polegało na tym, że chlorek srebra zmieszany z kredą ciemnieje po wystawieniu na działanie światła.

Grażyna:
Fajnie, że są ludzie, którzy szukają i znajdują :-) Dzięki temu możemy zatrzymać obraz. Technika cały czas idzie do przodu. Ostatnią fajną zabawką jest dla mnie drukarka trójwymiarowa.

Jacek:
Pierwsza sesja fotograficzna powstała 80 lat później - w 1906 roku, a pierwsza sesja modowa w 1910 roku, oczywiście bez Photoshopa, co zapewne przyprawia o zawrót głowy dzisiejszych fotografów :-)
Stolicą mody na przełomie XIX i XX wieku był Paryż i tam modelki jeździły po swoje kreacje, więc modelkami były tylko zamożne panie o nieskazitelnej urodzie i kształtach odpowiadających tamtym standardom, różniącym się znacznie od dzisiejszych. Bo jak jest dziś to doskonale wiemy...


Dziś zmienia się wszystko wzorce i standardy


Grażyna: 
Patrząc na tę panią z prawej strony ma się ją ochotę porządnie nakarmić :-D
Czyż nie?
Nie będę komentować kultu anorektycznego, ale dobrze wszyscy wiemy, że zrobił on wiele szkody młodym kobietom.

Jacek:
Lubię historię i szukanie różnych ciekawostek z przed lat. Szukając historii fotografii musimy się cofnąć do około 1500 rok, kiedy Leonardo da Vinci kładzie fundamenty pod gmach fotografii, Opisuje urządzenie o nazwie "camera obscura".
Jeżeli w przedniej ścianie szczelnie zamkniętego pudła zrobimy niewielki otworek, to na przeciwległej ścianie utworzy się odwrócony obraz przedmiotu, na który pudło nastawimy. Tak "boski" Leonardo , który przewidział lot człowieka, nie przewidział, że jego camera obscura to właściwie aparat fotograficzny.
Musiało jednak minąć ponad 300 lat zanim widoczny obraz w jego "urządzeniu" dało się trwale zapisać.

Grażyna: 
Ach Ty mój wścibski szperaczu :-) dobrze, że lubisz bo ciekawy temat się rozwinął.
A jak jest z naszą zabawą aparatem?
Rzeczywiście jest to zabawa. Nie zarabiamy na zdjęciach, pokazujemy te, które nam się wydają w miarę dobre, poprawiam w nich niewiele, czasami kontrast, głębię, ostrość, czasem jakieś wygładzenie szumów. Faktem jest, że w naszym tandemie to ja mam lepsze oko i wyczucie. Widzę to czego Ty nie jesteś w stanie zauważyć, choć parę dni temu zaskoczyłeś mnie zwracając uwagę na tańczące refleksy świetlne na maskach zaparkowanych aut :-) To znaczy, że i Twoja wyobraźnia rośnie w siłę :-*
Nie jestem specem od fotografii, większość pojęć technicznych to dla mnie czarna magia, najczęściej robię zdjęcia z automatu, sprzęt też mam raczej taki sobie, zwłaszcza obiektyw (nad czym często ubolewamy), ale jak się nie ma co się lubi, to.... wiadomo ;-)
Nie skończyłam żadnego kursu w tym kierunku (zbiorowy w niczym mi nie pomoże, a na indywidualny mnie nie stać), ale to nie znaczy, że zawsze robię złe zdjęcia, nie nadające się nawet do oglądania ;-p

Jacek
Ja nie powiedziałem, że robisz złe zdjęcia. Wiele Twoich zdjęć wygląda bardziej profesjonalnie niż niektórych fachowców, z drogim sprzętem przed obróbką. A co do kultu anoreksji o której pisałaś, też nad tym ubolewam. Ale cóż, Na wieszak łatwiej uszyć kreację bo jest prosty i płaski, dlatego z modelek trzeba było zrobić wieszaki, ułatwia to przecież pracę krawcom i projektantom mody.

Grażyna:
No to pojechałeś! ;-D
Chyba wsadziliśmy kij w mrowisko, ale mamy prawo do własnego zdania :-)
My lubimy smaczne jedzonko (np dzisiejszy obiad, który tworzyłam 2 godz - to też sztuka :-D)


dobry alkohol, ciekawe wycieczki, kochamy nasze niedoskonałe ciała (teraz mówię o sobie, bo może wolisz anorektyczne wieszaki i nawet o tym nie wiem... ;-p), nawet nasz mało wypasiony aparat lubimy! Nie zmieniamy niczego co jest piękne samo w sobie...
A zdjęcia?
Oczywiście można je poprawiać do woli, udoskonalać, nasycać, ubarwiać itp itd, tylko czy o to chodzi w fotografii?
Mam wiele fot, które uwielbiam i moim zdaniem są ok, a dla "fachowców" będą niczym.
Znam osoby robiące tysiące zdjęć i na te tysiące kilka trafia się technicznie dobrych, ale zawsze ich podziwiam, za gotowość aparatu :-) i serce!
Dla mnie w fotografii najważniejsze jest serce i poczucie piękna mnie otaczającego, techniki można się wyuczyć.
Dobrze, że jesteśmy prawdziwi :-D


Jacek
Do tego zdjęcia można by było się przyczepić: Zrobione ze zbyt wysokiej pozycji, czym skraca nogi. Tu zawinił fotograf.
Gdyby ta fota miała by być wykorzystana publicznie wyrównałbym jeszcze opaleniznę mojej piersi z twarzą :)

Grażyna: 
Wredny jak zawsze!!! :-P :-P :-P


Grażyna i Jacek

13 stycznia 2015

Prostki.

Jacek:
Wróciliśmy do domu. Zanim wyjedziemy na jakąś wycieczkę godną opisania podzielimy się jedną z poprzednich :)

Grażyna:
Dodaj, że wróciliśmy do domu po 3 mies nieobecności w nim!!!
Wyprawa do Prostek...
Wycieczka planowana jakiś czas wcześniej, bo odkopaliśmy w naszym informatorze turystycznym, że znajduje się tam Trójstyk z 1545 roku (mamy lekkie zboczenie na ich punkcie), miejsce gdzie przebiegała granica Królestwa Polskiego Prus Książęcych i Wielkiego Księstwa Litewskiego.





Kupkę informacji historycznych zebrał dla Was Jacek bo ja z historii wiem tyle ile muszę :)




Jacek:

Trochę historii, chociaż wiem, że nie każdego i nie każda historia musi interesować.
Prostki to wieś mazurska założona w 1432 roku przez braci Prostków, na obszarze Prus Książęcych. Od założenia miejscowości, aż do 1941 roku Prostki były pruską miejscowością graniczną.
Od 1807r przebiegała tu granica Prus z Księstwem Warszawskim, od 1815 z Rosją, od 1918 z Rzeczpospolitą a od 1939 z ZSRR. Od 1657 roku Prusy Książęce znajdowały się w unii z Brandenburgią, tworząc od 1701 roku Królestwo Prus zaś od 1871r zjednoczone Niemcy.
W roku 1545 Zygmunt II August sprawował władzę w Królestwie Polskim i Wielkim Księstwie Litewskim, Prusami władał margrabia Albrecht Hohenzollern w którym płynęła słowiańska krew.
Był synem Fryderyka Hohenzollrna i Zofii Jagielonki - córki Kazimierza Jagielończyka. To właśnie Albrecht Hohenzollrn w 1545 roku wybudował a właściwie zasponsorował, widoczny na zdjęciu słup graniczny który miał wyznaczać granicę obu władców: Polski, Litwy i Prus. Słup ten przetrwał w stanie prawie nienaruszonym do chwili obecnej.




Widoczny na zdjęciu bruk wyznaczał koniec terenu niemieckiego, w Rosji była droga gruntowa.
W chwili obecnej na terenie ówczesnej Rosji leży asfalt a na części niemieckiej pozostawiono zabytkowy bruk.




Budynki po obu stronach(foty niżej), to była strażnica (nie znalazłem o tym nigdzie wzmianki, informacja pochodzi od mieszkańców) natomiast w Wikipedii można przeczytać, że w tym budynku była karczma...



Tu prawdopodobnie dyżurował wartownik



Dziś wieś Prostki znajduje się na granicy województwa warmińsko-mazurskiego i podlaskiego.


Sama droga do Prostek jest prosta i nie ma się co nad nią rozpisywać. Jechaliśmy przez Giżycko do Orzysza fajnym asfaltem, a dalej dla urozmaicenia drogi skręciliśmy na Bemowo Piskie i częściowo gruntówką na Nową Wieś Ełcką.
Przed Nową Wsią, podjeżdżając pod dosyć stromą górkę, mijaliśmy grupkę chłopaków w wieku gimnazjalnym (może starszych) wprowadzających od górkę rowery. Któryś krzyknął za nami "zaraz was wyprzedzimy". Niestety, ktoś kto pod górkę musi rower wprowadzać raczej ma marne szanse się z nami pościgać ;-P a oboje mieliśmy nadzieję na małe "przegonienie" młodzieży.
Mimo sakwy na bagażniku i przejechanych około 70 km :-)
Cała droga do Prostek wyszła 102 km, ostatnie 15 km jechaliśmy drogą krajową Ełk - Białystok, o bardzo dużym natężeniu ruchu samochodowego, ale innej alternatywy nie znalazłem.

Grażyna: 
Hehe :-) jakie wymęczone paszteciki na ostatniej focie ;-P
Ja chyba nie mam nic do dodania w tym temacie, bo od tej wyprawy trochę czasu już minęło...


  • Grażyna i Jacek





4 stycznia 2015

Muzeum bursztynu w gdańskiej katowni.

Jak już pisałem wczoraj, byłem w "dniu otwartym" w Gdańskiej katowni w której mieści się muzeum bursztynu. Sala historyczna była zamknięta, gdyż, jak to pani określiła "mamy taką możliwość", jak jest możliwość zarobić na biletach to dlaczego wpuszczać za darmo? Byłoby nie po Polsku przecież :-/

Ale o muzeum bursztynu miało być :-)
Parę fajnych rzeczy tam widziałem.
Po za zatopionymi w bursztynie małymi stworzonkami



Figurki religijne z XVII wieku



                                      




Ołtarzyk z 1680 roku


Fajki i biżuteria


"Obcy" rzeźba z 2006 roku wykonana przez Bogdana Mirowskiego



Modele okrętów



Nawet szachy :-)




Gitara elektryczna "Fendel Stratocasty" wykonana w 2000 roku z bursztynu naturalnego i drewna klonowego  wzorowana na modelu z 1954 roku, który jest do dziś produkowany.
Gdańscy gitarzyści: Wojciech Mozalewski i Tymon Tymański, 9 września 2011 roku na dziedzińcu Muzeum zagrali koncert z użyciem tej gitary.


Są też miniaturki instrumentów muzycznych


A także sukienki z bursztynowymi ozdobami



Jest tam wiele bursztynowych eksponatów na trzech piętrach a nawet czapka Stańczyka, choć nie wiem co miała wspólnego z bursztynem...


Uważam, że miejsce warte odwiedzenia bez względu na to czy lubi się bursztynowe klimaty czy też nie, bo to takie miejsce, gdzie każdy może znaleźć coś dla siebie :-)

Jacek


3 stycznia 2015

"O Córce Kata i Dobrym Łotrze" - Legendy Gdańskie.

Gdańsk ma jedną z najpiękniejszych "Starówek" w jakich miałem okazję bywać.
Każde miejsce posiadające tak długą historię posiada też i swoje tajemnice.
Te znane i te całkiem nieznane, tworzone przez ludzi prowadzących tu zwyczajne życie przez setki lat, o których wiedzieli tylko nieliczni i zabrali je ze sobą do grobu.
       Gdy przyglądamy się bogato dekorowanym szczytom zarówno budowli, jak i pełnemu renesansowego wdzięku hełmowi wysokiej Wieży Więziennej, czarne myśli rzadko przychodzą nam dzisiaj do głowy.




       Gdańska Katownia otrzymała swój obecny kształt ponad czterysta lat temu.
Ile w ciągu tych czterech stuleci rozegrało się w jej wnętrzu tragedii, ile wylanych zostało tutaj łez, ile wydano wyroków sprawiedliwych lub całkiem chybionych, tego niestety nie wyczytamy w żadnych gdańskich kronikach.
       Wie o tym najlepiej leciwa "męczennica" z czerwonej cegły i kamienia - milczący świadek skutków bezwzględnych niegdyś praw tudzież wszelkiego okrucieństwa.
Czy jednak istotnie tak do końca milczący?
Wystarczy dokładniej obejrzeć wnętrza cel więziennych przeznaczonych dla tych, co popełniali najcięższe przestępstwa. Tym ciasnym, ciemnym i nieogrzewanym pomieszczeniom z wydrapanymi przed wiekami na ich ścianach napisami i rysunkami rozmaitej treści.
       Każde z tych pomieszczeń miało własną specyfikację, spełniając określoną funkcję już w momencie oddania go do użytku. Nie było więc bez znaczenia czy zbrodniarz trafił do celi o nazwie "Baran", "Wieprz", "Kruk", "Wilk" czy "Zając". Dla morderców przeznaczone były cele o niewinnie brzmiących nazwach "Lis", "Kogut" oraz budzące jednoznaczne skojarzenia celi "Kain". Koszmarem dla tych, którzy kiedyś te miejsca widzieli, było samo wspomnienie o ponurych lochach ze sławetną "Norą Żmii" na czele.
       "Przed czterystu laty znakomity gdański kamieniarz przyozdobił wewnętrzny szczyt tutejszej Katowni osobliwą figurą. Wyobrażała ona komendanta więziennej straży. Wychylająca się z okrągłego otworu okiennego postać, w której dłoni artysta umieścił żelazne kółko z nawleczonym na nie pękiem solidnych kluczy, dniem i nocą przypominać miała gdańszczanom oraz przybyszom, że nie sposób uśpić czujności więziennych strażników, którym władze miasta powierzyły pieczę nad skazańcami.
Kopię tej zniszczonej podczas ostatnich działań wojennych rzeźby umieszczono na pieczołowicie odrestaurowanym szczycie Katowni zaledwie ćwierć  wieku temu. Dlaczego więc człowiek z kluczami pozbawiony jest głowy?
       Odpowiedź znaleźć można w życiorysie pewnego kata, któremu podczas wielu lat sprawowania niewdzięcznej powinności ani razu nie zadrżała ręka przyłożona do miecza czy topora. Człowiek ten, o imieniu Mikołaj, zawahał się przed wykonaniem wyroku wówczas, gdy sędziowie nakazali mu publicznie stracić samego dowódcę więziennej straży. Człowieka tego znał dobrze od wielu lat, a o jego niewinności był w pełni przekonany.
Skazany został na śmierć za to, że on sam i jego  ludzie nie upilnowali wyjątkowo niebezpiecznego bandyty. Ten zaś na kilka dni przed planowaną egzekucją zdołał uciec z lochów gdańskiej Katowni. Takiego czynu dokonać mógł jedynie dzięki kluczom, w których posiadanie wszedł nie wiedzieć jakim  sposobem.
       Stary kat, zajmujący wraz z córką Sydonią dwie niewielkie izby w samym  więzieniu, nie miał lekkiego życia. Na ulicy ludzie omijali go z daleka. Mało kto ważył się podać mu rękę, lub choćby zamienić z nim kilka słów. Nie lepszy los miała jego córka. Osierocona we wczesnym dzieciństwie przez  matkę, nie wychowywała się wśród rówieśnic, gardzących takim towarzystwem, lecz raczej wśród przestępców, z którymi na co dzień miał do czynienia jej ojciec.
       Tak było do czasu, gdy miejsce po dawnym dowódcy straży zajął młody i przystojny przybysz z Elbląga. On jeden potrafił okazać współczucie i pocieszać, gdy ogarniał ją smutek. Ale Sydonii nie wystarczała tylko przyjaźń. Pragnęła czegoś więcej. Kiedy jednak zrozumiała, że człowiek ten nigdy nie poślubi katowskiej córki, w rozgoryczeniu uknuła okrutny plan. Mając dostęp  do kluczy, uwolniła pod osłoną nocy jednego z najgroźniejszych gdańskich przestępców. Był nim Daniel Kerstein, złodziej i bandyta, który za swoje czyny wkrótce zawisnąć miał na szubienicy.
Teraz, zgodnie z obowiązującym zwyczajem, za jego ucieczkę, nie kto inny jak dowódca straży odpowiedzieć miał własną głową.
       Stary kat Mikołaj domyślał się wszystkiego od początku. Zbyt dobrze znał własną córkę i nie raz radził jej porzucić mrzonki o małżeństwie z elblążaninem. Na krótko przed mającą się odbyć egzekucją, wytknął córce całą niegodziwość jej postępku i zapewnił, iż wyroku na niewinnym człowieku nie wykona. Wówczas to oślepiona żądzą zemsty otruła własnego ojca, przywdziała katowski kaptur i nierozpoznana własnoręcznie ścięła ukochanemu głowę.
       Tamten haniebny czyn pierwszej i jedynej w dziejach miasta kobiety-kata wkrótce wyszedł na jaw. Nękana wyrzutami sumienia, na wpół obłąkana wkrótce została spalona na stosie. Pamięć niewinnie straconego komendanta więziennej straży władze miasta uczciły fundując mu jedyny w swoim rodzaju pomnik. Dziwne to, przerażające i trudne do wytłumaczenia, lecz co jakiś czas , z niewiadomych przyczyn, kamiennej rzeźbie odpada wciąż na nowo odtwarzana przez kamieniarzy głowa.
       To jednak jeszcze nie koniec tej historii. Otóż Daniel Kirstein który uniknął stryczka, nauki pobierał niegdyś w sławnym Gimnazjum Gdańskim. Zanim zboczył na drogę grzechu, miał być człowiekiem prawym i uzdolnionym. Jako uczeń brał udział w wielkanocnych misteriach męki Pańskiej. Ponoć ułożył nawet jakąś sztuczkę. Jej bohaterem był ów dobry łotr którego ukrzyżowany Chrystus zapewnił: "Dziś jeszcze będziesz ze mną w Raju".
Pomysł nie spodobał się ani gimnazjalnym nauczycielom ani gdańskim duchownym, czego Daniel nie zapomniał ani jednym ani drugim. Swojego dobrego łotra nigdy nie zdradził. Rozgoryczony, opuścił się w nauce, zaczął kraść. Podczas wielkich zamieszek w 1577 roku, kiedy niechętni kultowi świętych luteranie przetopili kilkadziesiąt ich wizerunków z głównego ołtarza Mariackiej Katedry, on przez nikogo niezauważony, oderwał z rzeźbionego tryptyku Ukrzyżowania figurkę wiszącego na krzyżu dobrego łotra. Odtąd do końca jego dni służyła mu za talizman.
       Do celi Katowni trafił jako młody człowiek, mający już na sumieniu tak wiele przestępstw, że mógłby nimi obdzielić cały legion rzezimieszków. W końcu za udowodniony mord skazany został na ścięcie. Nie uniknąłby kary gdyby nie katowska córka.
       W duszy ukrywającego się przed wymiarem sprawiedliwości Daniela coś pękło dopiero wówczas gdy dotarła do niego wieść o straszliwej cenie jego uwolnienia. Odtąd zapragnął odpokutować swoje winy. Zabrał najpotrzebniejsze rzeczy oraz swój talizman, i ruszył do hiszpańskiego sanktuarium świętego Jakuba w Composteli.
Z uniesionym wysoko nad głową krzyżem, przemierzył tysiące mil. Kiedy osiągnął cel, wewnętrznie odmieniony postanowił wrócić do swojego miasta i oddać się w ręce sędziów. Na przeszkodzie stanęła mu jednak choroba nóg. Dotarł w okolice Trewiru, gdzie poślubił córkę właściciela jednej z tamtejszych winnic.
       Dobrego łotra do końca swojego życia darzył wielkim kultem, a ów talizman przechodził w rodzinie z ojca na syna. Miejsce, jakie zajmowała niewielka rzeźba z gdańskiego tryptyku do dziś pozostaje puste."

Gdy rozglądałem się po kościele w poszukiwaniu ów pustego miejsca moje oczy nie ujrzały nic co by mogło to miejsce przypominać.
We wtorkowe przedpołudniu poszedłem do katowni zobaczyć bezgłową rzeźbę straconego dowódcy straży. Rzeźbę widać z dziedzińca lecz umieszczona jest bardzo wysoko




Na dziedzińcu stoi nawet armata, chociaż nie wiem co ma wspólnego z katownią.




W katowni pozostawiono tylko jedną salę historyczną z eksponatami po katowni, pozostała część to Muzeum Bursztynu. We wtorki Muzeum jest otwarte dla zwiedzających, lecz zamknięta sala historyczna. Na moje pytanie dlaczego, usłyszałem, że mają taką możliwość. Cóż, skoro jest taka możliwość to dlaczego z niej nie skorzystać.

Jutro parę fotek i słów z muzeum bursztynu.

Jacek

24 grudnia 2014

"O kamienicy zwanej Adam i Ewa" - Legendy Gdańskie.

Dla mnie to legenda o prawdziwej miłości :-)
A że dziś Wigilia i imieniny Adama i Ewy, to postanowiłam, po wieczerzy wigilijnej, "poświęcić" swój samotny czas legendzie, która ujęła mnie bardzo :-)

"Przy jednej z najpiękniejszych ulic gdańskich - Długiej, tuż obok gmachu dzisiejszej poczty znajdowała się okazała kamienica nie ciesząca się najlepszą sławą.


W czasach gdy Gdańsk był jeszcze zamożnym i potężnym miastem rządzącym się własnymi, niezależnymi prawami, mieszkał we wspomnianym domu pewien bogaty i lubiany rajca.
Był samotnikiem, ale popadł w rozpacz i od świata odciął się zupełnie, gdy po krótko trwającym i bardzo szczęśliwym małżeństwie  umarła jego ukochana żona.
     Z czasem zaczął szukać pocieszenia w praktykach magicznych oraz w alchemii bo bardzo chciał ujrzeć raz jeszcze swoją ukochaną...
Nawiązał nawet znajomość z pewnym weneckim szarlatanem.
Mistrzowi czarnej magii, który rozpowszechniał iż potrafi robić złoto ciągle coś stało na przeszkodzie i złotego kruszcu zrobić jednak nie potrafił, a poznawszy gdańskiego samotnika przyrzekł mu, że przywoła jego żonę z zaświatów.
Rajca, mimo czasu jaki upłynął od śmierci, nadal nie był pogodzony ze stratą ukochanej, wciąż nie wierzył, że niewiasta zmarła i że nigdy nie będą już razem, więc był gotów za jej ujrzenie zapłacić każdą cenę.
     Ustalili więc dzień i godzinę w której miało się odbyć wywołanie ducha zmarłej.
Rajca musiał się zobowiązać że tego dnia dom będzie pusty, bo niby żywa istota udaremniłaby wszelkie próby nawiązania kontaktu.
    Nadszedł wreszcie ten dzień. Rajca odprawił wiernego sługę i oczekiwał na gościa.
Jednak próby przywołania zmarłej spełzły na niczym. Czarnoksiężnik doszedł do wniosku, że musi być ktoś jeszcze w domu i znaleźli w jednym z pomieszczeń czarnego pudla, którego nie wiedzieć czemu sługa nie zabrał do domu.
Rajca z wenecjaninem umówili się zatem na inny dzień.
     Niestety za drugim razem również się nie powiodło, gdyż stary, wierny sługa, który nie był zadowolony z nowej znajomości swojego pana, tym razem przedostał się do kamienicy przez okienko w dachu i czekał w ukryciu na to, co będzie.
     Znów mężczyźni musieli odłożyć wszystko do następnego razu.
Gdy nadszedł ustalony dzień, razem sprawdzili wszystkie zakamarki domu, jednak jakież było zdziwienie gdy praktyki mistrza czarnej magii nie przynosiły żadnych rezultatów.
     Alchemik był gotów na wszystko byle tylko dowieść swych umiejętności.
Stwierdził, że mógłby przystąpić do dzieła, ale jeśli ktoś ukrył się w domu może go to kosztować życie. Rajca chcąc ujrzeć ukochaną wziął cała odpowiedzialność na siebie.
Alchemik zaczął wykonywać jakieś tajemnicze znaki w powietrzu, mamrotać pod nosem niezrozumiałe zaklęcia i formułki, wreszcie wykonał ruch ręką przypominający cios zadawany przez kata osobie skazanej na śmierć rzez ścięcie. W tym momencie rozległ się przeraźliwy krzyk starego człowieka. Z kominka wypadło ciało sługi i osobno potoczyła się jego głowa.
Rajca struchlał i pobladł, lecz czarnoksiężnik nie przerywał już rozpoczętej ceremonii
     I o to po chwili z cienia wyłoniła się postać Adama, a zaraz za nim podążyła matka wszystkich śmiertelników - Ewa. Oboje bez słowa podążali za Alchemikiem zataczając wielkie koło.
Po nich zjawił się ojciec gospodarza domu. Wreszcie ukazała się jego ukochana żona. Każda ze zjaw okrążała kolejno pokój, po czym znikała. Małżonka rajcy szła ze spuszczoną głową. Mijając męża, spojrzała mu w oczy ze smutkiem i jakby z wyrzutem, grożąc zarazem palcem, za to iż ośmielił się zakłócić jej spokój wieczny.
     W tym momencie nieszczęśliwy człowiek, nie zważając na słowa wcześniejszej obietnicy, poderwał się z miejsca, wbrew zakazowi przekroczył zaklęty krąg rzucił się przed żoną na kolana i błagał: - Przebacz! Przebacz mi, najdroższa, przemów!
     Rozległ się łoskot i jakieś potężne uderzenie z nieba, niczym piorun, poraziło rajcę.
Zniknął bez śladu czarnoksiężnik oraz wywołane przez niego zjawy. Izbę wypełnił dym. Ostatkiem sił gdańszczanin zerwał się z posadzki, dopadł okna, rozwarł je szeroko , krzycząc na całe miasto:
- Litości! Litości dla biednego grzesznika!
     Nieprzytomny osunął się na podłogę, a gdy przyszedł do siebie, ujrzał obok ciało swojego sługi.
Jego widok utwierdził go w przekonaniu, że wszystko czego doświadczył było jawą, a nie tworem wyobraźni.
     Chcą upamiętnić niesamowite wydarzenie, polecił snycerzom gdańskim wyrzeźbić na wielkich dębowych drzwiach prowadzących do wnętrza jego kamienicy postacie pierwszych rodziców oraz scenę grzechu, którego dopuściła się Ewa z Adamem.
     Po śmierci właściciela nie znalazł się w Gdańsku nikt, kto ośmieliłby zamieszkać w tym domu. Przez dziesiątki lat stał on zupełnie opuszczony, a odgłosy dochodzące z wnętrza kamienicy, szczególnie nocą, były dla mieszczan dowodem, iż rządzą tam duchy.
     Istniał zwyczaj, że przestępców prowadzonych tędy na śmierć zatrzymywano przed Adamem i Ewą i na znak winy łamano nad ich głowami drewniane laski. Tym, którzy pragnęli okazać skruchę, pozwalano wejść na górę i przez otwarte okno wołać na całe miasto:
- Litości! Litości mnie grzesznemu!"  

Tyle legenda... :-)
Z innych źródeł wiadomo, że:

W końcu, około połowy XIX wieku, kolejni właściciele postanowili zmienić ten stan rzeczy. Pod pretekstem przebudowy parteru domu (w dawnej sieni postanowiono bowiem umieścić cukiernię) usunięto wspaniale rzeźbione drzwi. I rzeczywiście, jakby od razu zniknęła ciążąca nad kamienicą klątwa: na wyższych piętrach domu urządzono wygodne mieszkania, i nikt już nie uskarżał się na działalność złych duchów.
A co z feralnymi drzwiami? 



Były na tyle piękne, że przeniesiono je do Ratusza Prawomiejskiego i tam umieszczono w Kamlarii - dawnej sali Kasy Miejskiej, w tym czasie przekształconej w salę audiencyjną burmistrza. Zdaje się jednak, że nie straciły swej złowrogiej mocy. Oto bowiem 28 sierpnia 1879 r. przebywający w Gdańsku wybitny krakowski malarz, Aleksander Gryglewski (1833-1879), autor m. in. znakomitych widoków zabytków Krakowa, Torunia i Gdańska, wypadł z okna Kamlarii i poniósł śmierć na brukowanym ratuszowym dziedzińcu. Różnie o tym mówiono: jedni słyszeli, że Gryglewski był w depresji z powodu tarapatów finansowych, na jakie naraził go ponoć sam mistrz Matejko; inni mówili o nieszczęśliwym wypadku. Lecz byli i tacy, co strwożonym szeptem łączyli tę śmierć z diabelskimi mocami znajdującymi się w dębowych drzwiach.
Nie wiadomo, co się działo z drzwiami w następnych latach, i czy wiązały się z nimi jakieś dalsze tragiczne wydarzenia. Na pewno znajdowały się one jeszcze w Kamlarii w latach trzydziestych XX wieku. Prawdopodobnie ich los dopełnił się w marcu 1945 r., gdy zbombardowany Ratusz spłonął wraz z większością wyposażenia. Może jednak niemieccy konserwatorzy zdążyli wywieźć je gdzieś w ramach ewakuacji zbiorów, i istnieją one nadal, w jakimś odległym od Gdańska miejscu?

Z pozdrowieniami Świątecznymi 
Grażyna 


21 grudnia 2014

Ciekawostka na własne urodziny :-)

Może niewiele osób o tym wie, bo nawet Grażynka nie wiedziała, ale gwiazdy z czasów mojej młodości, czyli z lat 80-tych: Freddie Mercury i Michael Jackson pomimo 12 letniej różnicy wieku i odległości (jeden mieszkał w Wielkiej Brytanii, a drugi w USA) znali się, spotykali, a nawet pracowali nad wspólną płytą :-)



Muzycy rozstali się zanim dokończyli sesję. Udało im się nagrać 3 wspólne utwory, podczas sześciogodzinnej sesji w prywatnym studiu Jacksona w Kalifornii.
Prawdopodobnie to Merkury zerwał współpracę nie mogąc porozumieć się z Jacksonem i płyta nie została ukończona.

Słuchałem jednego z nich: There Must Be More To Fife Than This. Nawet nieźle im to wyszło.
Teraz gdy jeden z nich nie żyje od 22 lat, a drugi od 4 - materiał sprzed 30 lat ujrzał światło dzienne. Płyta trafiła do sprzedaży już w listopadzie 2014 roku. Nie wiem czy mamy ją już w Polsce.
Jak podaje "The Times", gitarzysta Queen Brian May powrócił do pomysłu albumu, który będzie zawierał oryginalne nagrania sprzed 30 lat oraz nowe ich wersje. Pomysł ponoć powstał już dawno lecz po zarzuceniu przez media, że May chce zarobić na śmierci muzyków, został odłożony lecz jak się okazało nie zaniechany. Album ma tytuł  "Quen Forever".
Wiadomość z ostatniej chwili :)
Płyta w Empiku jest dostępna



Grażyna: 
Nie wiem skąd się wziął ten temat, bo jakoś specjalnie nie jesteśmy fanami Quenu i Jaksona, ale zebrało Ci się tak urodzinowo, więc niech będzie.
Wszystkiego pięknego Kochanie :-*



KLIK


13 grudnia 2014

Czas trudny do określenia.

Jacek:
Nasz pobyt poza domem nadal trwa.
Straciłem werwę do treningów.  Po 24 godzinnej pracy, gdzie nie mam ani minuty snu, odsypiam do południa by być podobny do człowieka, a następnego dnia, tak po prostu mi się nie chce.
Nie chce mi się nawet szukać miejsca do biegania (nienawidzę biegać w mieście).
Wiem, że tysiące ludzi dzieli pracę, życie rodzinne, towarzyskie i biega w zatłoczonym, "pachnącym" spalinami mieście i całkiem nieźle im to wychodzi.
Ja jednak czekam powrotu do domu.
Tu nawet nie ma czasu zebrać myśli by sensownego posta napisać.
Powrót do domu początkowo planowaliśmy na 9 stycznia, ale prawdopodobnie podziękuję za pracę trochę wcześniej. To będzie prezent świąteczny ode mnie dla firmy, jeżeli tylko się potwierdzi, że kierownik nie dotrzymał danego mi słowa. Ja obiecałem obstawić świąteczne dyżury by miejscowi dostali wolne, jednak "jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie".
Pobyt w Trójmieście jest o wiele droższy niż życie u nas i plany zarobienia pieniędzy na wakacyjne wyjazdy w przyszłym roku zostały brutalnie zweryfikowane, wiec bezcelowe jest nadal tu tkwić.

Grażyna: 
He he :-P
No proszę jak to z pozytywnego optymisty, nakręconego jak katarynka, zrobił się marudero-pesymista... :-/
Ostrzegałam, tłumaczyłam, nie chciałam, ale facet jak to facet ZAWSZE chce być mądrzejszy i udowadniać całemu światu, że wie lepiej!
Skrzydełka się podpiekły, moloch w postaci dużego miasta szybko zweryfikował marzenia, cele i realne możliwości. Wchłonął, przeżuł i wypluł rozczarowanego Jacusia...
Trochę mi Ciebie żal, a z drugiej strony MASZ CO CHCIAŁEŚ przecież ;-)
Nie będę pisać co czułam przed wyjazdem i przez pierwszy miesiąc tutaj, bo po co?
Ale ogarnęłam się na tyle, że już tak nie rozpaczam.
Trochę popracowałam, co dało mi przede wszystkim kontakt z ludźmi, bo kasa z tego niewielka.
Do wigilii pracuję po 12 godz... Praktycznie na powietrzu cały czas. Praca ciężka nie jest, nawet powiedziałabym, że sympatyczna, ale to marznięcie jest czasami bardzo dokuczliwe!
Dziękuję aurze, że solidnym mrozem nie sypnęła ;-)


Na dzień dzisiejszy patrzę na ten cały wyjazd jak na nowe doświadczenie, znalazłam kilka pozytywów (wręcz na siłę ich szukałam!) i pewnie zatęsknię czasami za tym pędem życia wielkomiejskiego :-)

Jacek:
Na publikacje, w wersji roboczej, czekają dwie legendy gdańskie, do których nie ma kiedy zrobić fotek, by zobrazować słowo pisane. Czeka jeszcze jeden mój wpis, który muszę dopracować, przejrzeć nasz album foto by nie był zbyt "suchy", oraz poprosić Grażynkę na spojrzenie damskim okiem i podzielenie się tym jak ona to widzi. Tematu na razie nie zdradzę :-)

Grażyna: 
Nie ma mowy, żebym teraz cokolwiek czytała, komentowała i dzieliła się uwagami.
Wychodzę o 8.30, wracam o 21.30 CODZIENNIE! i jedyna rzecz o jakiej marzę to ciepłe łóżko, a nie lapek i net!
Na wszystko przyjdzie czas :-)
A żeby nie było, że przedstawiłam Cię w takim ponurym świetle to wrzucam fotkę z wędrówki po sklepach, gdy przymierzałeś czapki zimowe:-D


Mało nie umarłam ze śmiechu, gdy podniosłam wzrok, a Ty stałeś z tak przyodzianą głową :-D
Czas na kawę!
Ty właśnie zaczynasz pracę, a ja muszę zacząć szykować się do swojej.
Spotkamy się jutro popołudniu Kochanie... :-*

Grażyna i Jacek

2 grudnia 2014

Co nas łączy, a co dzieli.

Jacek:
Każdy ma jakieś zainteresowania, coś go interesuje lub nie.
Kiedy łączy się dwoje ludzi, dobrze jest jeżeli podzielają chociaż część swoich zainteresowań lub znajdą sobie nowe, wspólne.
Gdy już pierwsze zauroczenie w związku przeminie, dzień powszedni nas dopadnie, a dzieci pójdą własną drogą, trzeba znaleźć COŚ co jeszcze bardziej zacznie utrwalać związek, a nie dzielić i oddalać od siebie...
Tak czy inaczej prawie każdego dopadnie syndrom "pustego gniazda" - wtedy zostaniemy sami, tylko we dwoje i  potrzebne jest coś, co przyniesie radość ze wspólnie spędzanego czasu.
Może to być cokolwiek - historia, literatura, podróże, wspinaczki górskie czy skałkowe, może jakaś dziedzina sportu, muzyka, sztuka... byle dawało satysfakcję i poczucie dobrze spędzanego czasu WE DWOJE!
Zdarza się, że każda dziedzina nawet jeżeli początkowo łączyła, potrafi rozdzielić...
Odniosę się do sportu.
Nie mam tu na myśli zawodowych sportowców, którzy po odejściu na sportową emeryturę i po zmianie dyscypliny, trenują tylko dla podtrzymania sprawności fizycznej.
Myślę o tych, którzy odkryli sport w wieku 35+.
Oni (jak i MY) z różnych powodów wsiedli na rower, czy włożyli buty biegowe. Jeździli (biegali) początkowo razem, nakręcając się nawzajem, dopingując, motywując do momentu, kiedy ten sport zaczyna mieć dla każdego inne znaczenie.
Np ja lubię czasami pojeździć sobie rowerem bardzo szybko, na granicy swojej wytrzymałości, no takie "czasówki" na 20, 50 czy nawet 100 km :-) Za to Grażynka lubi jazdę wolniejszą, z aparatem fotograficznym. My sobie w tych jazdach towarzyszymy. Nawet jeżeli rozpiera mnie energia powstrzymuję się by jej towarzyszyć i czekam dnia kiedy pojadę sobie sam i dam upust energii nawet jeżeli zrobię to raz w miesiącu :-D
Gdy zaczyna się RAZEM, a później jedno osiąga lepsze wyniki, zachłystuje się swoimi osiągnięciami... to to RAZEM jakoś się rozmywa, bo cały swój wolny czas poświęca dla sportu (lub innej pasji) nie mając przez to czasu dla swojego partnera tworzy się przepaść pomiędzy sobą.
     W naszym bieganiu było tak, że kiedy Grażynka zaczynała biegać towarzyszyłem jej na początku, a kiedy już za nią przestałem nadążać, odpuściłem bieg, brałem rower i towarzyszyłem na rowerze bez zazdrości i jakichkolwiek wyrzutów.
Natomiast, kiedy po roku ona namówiła mnie na bieganie (sama już nie biegała, lecząc kontuzję), towarzyszyła mi dzielnie na rowerze tak jak ja wcześniej, przekazując mi przy tym swoją zdobytą wiedzę, by uchronić przed kontuzją.




Grażyna:
Jesteśmy rozbitkami, którzy w odpowiednim czasie znaleźli się na tej samej wyspie... więc z doświadczenia wiemy o czym piszemy ;-)
Życie w tandemie wcale proste nie jest, ale jest to piękna nauka sztuki kompromisów!
Zakochanie i fascynacje mijają a ciągu 2 lat, potem zostaje miłość (lub nie) i proza życia. W tym wszystkim warto znaleźć, tak jak piszesz Jacku, to COŚ co będzie łączyło i da poczucie, że tematy do rozmów nigdy się nie skończą.
U nas padło na sport. Sport przez to mniejsze "s" ;-)
Zaczęło się faktycznie ode mnie, od mojej małej walki o własne zdrowie, a skończyło jak skończyło, czyli niekończącymi się tematami o startach, dystansach, podróżach etc... etc... :-D
Coś co łączyło dzielić zaczyna... (?)
Przez moment TO przeżyliśmy chyba nawet sami, bo Ty zacząłeś biegać (faktycznie za moją namową) w momencie, kiedy dla mnie 5 km było zabójstwem dla nóg :-/
I zrodził się żal, a nawet nienawiść, że robisz coś co kocham i mówisz, że nie lubisz biegać, ale... biegasz! :-/
Do tego zacząłeś udeptywać MOJE ścieżki biegowe, w lepszym tempie, z lepszym czasem, a ja wyszukiwałam Ci kolejnych planów treningowych i towarzyszyłam na rowerze...
To był masochizm w czystej formie! ;-P
Jesteśmy ze sobą tak blisko, pod każdym względem, że np wiem, iż mój słabszy dzień jest również Twoim gorszym, wtedy trening zawsze Cię wykańcza.
Żeby nie znienawidzić Cię za to bieganie, ciągle przerabialiśmy temat moich negatywnych uczuć, emocji, dużo rozmawialiśmy. Trochę to trwało, ale właśnie dzięki tym rozmowom dziś na biegach towarzyszę Ci bez łez :-) Ale zazdroszczę nadal ;-p
Może już niedługo...
Ja jestem pewna jednego, że związki zabija brak dialogu. Nie mam na myśli przekazywania sobie informacji, tylko prawdziwych, szczerych rozmów, takich do łez, bólu i śmiechu również :-)




Jacek:
Jeżeli jest tak jak w jednej z reklam: "U mnie tylko horror, dramat i żużel", czego nie podziela  druga strona, pasjonując się tylko kupowaniem nowych ubrań lub (i) zna wszystkie seriale emitowane w TV, to z biegiem czasu zaczynają się tylko mijać zamieniając, albo i nie, po parę zdań dziennie.
Nawet wspólne posiłki znikają, gdyż nie zgrywają się w czasie, bądź są spożywane w oddzielnym pokoju, lub przed telewizorem.
     Gdy piwo i chipsy spowodują, że nasze dupska staną się większe i cięższe i będziemy potrzebowali więcej siły by je ruszyć z kanapy, to wraz z potrzebą tego wysiłku będzie spadać nasza motywacja by je podnieść...
Jeżeli nie będzie wsparcia tej drugiej połówki, wszystko będzie dzielić oprócz wspólnego dorobku (majątku), to nie zostanie nic co by łączyło, a nasze życie straci sens.




Grażyna: 
Piwo, chipsy i TV oraz większe dupsko również może być wspólną pasją przecież :-P
I nawet może łączyć :-D
Tylko gdy sobie pomyślę ile moglibyśmy stracić nie biegając i nie jeżdżąc rowerem, to aż jakoś dziwnie smutno mi się robi...
Bo wiesz, przejechać Polskę wzdłuż granic to plan długoterminowy, ale wybrać się na "Potop Szwedzki" możemy już w przyszłym roku :-D (mała dygresyjka...)
     No dobra, wyszło, że łączy nas wszystko... ;-) To co dzieli????
Przecież też się ścieramy, bo raczej nie kłócimy, też miewamy problemy... Jednak czasami mam wrażenie, iż są to tak nieistotne drobiazgi, które urastają do rozmiaru Dżina z Lampy Aladyna, że aż nie warto sobie nimi głowy zaprzątać i ich upubliczniać ;-D :-P

 


Grażyna i Jacek