26 marca 2015

Wrocław

Grażyna: 
26.03.2014 (15.30)
Siedzimy właśnie w aucie i odpoczywamy...
Z domu wyruszyliśmy 18.03., za nami Wrocław, Sobótka i Zdzieszowice, a przed nami Rybnik (w którym już jesteśmy) i Żywiec.
Te wszystkie miejsca to nie tylko przeloty, biegi i zwiedzanie, to także spotkania z fantastycznymi ludźmi :-) którzy otwierają przed nami drzwi swoich domostw, niejednokrotnie widząc nas po raz pierwszy na oczy :-)
Większość, a nawet 100% TYCH znajomości, to znajomości zawarte wirtualnie ;-)


Jacek:
Spędziliśmy 2 dni (19 i 20.03.2015) we Wrocławiu.
Byłem tam po raz pierwszy, zwiedzanie ograniczyliśmy do starej jego części oraz kilku mostów i kładek, z ponad 100 się w nim znajdujących.
Pierwszy most (staro-nowy) to był Most Grunwaldzki


Część betonowa mostu pozostała z czasów jego budowy (lata 1908-1910), cześć wisząca, przez całą szerokość Odry, została odnowiona niedawno ze względu na obciążenie jakiemu musi sprostać.

Nie przechodziliśmy na drugą stronę (Plac Grunwaldzki) tylko wzdłuż Odry, przy budynku Dolnośląskiego Urzędu Wojewódzkiego, doszliśmy do Mostu Pokoju i przeszliśmy przez Odrę na ul. Wyszyńskiego, do Ogrodu Botanicznego.



Ze względu na porę roku w ogrodzie nie było jeszcze co oglądać :)
Placem przy katedrze


doszliśmy do Mostu Tumskiego zwanego też mostem Zakochanych :-)


Zakochane pary zostawiają na nim kłódki opisane imieniem, nazwiskiem i datą.



Następne były Mosty Młyńskie i wyspa Słodowa.


Bulwarem Słonecznym usiłowaliśmy wrócić na Stare Miasto.


By tam dotrzeć trzeba było przejść przez Żabią Kładkę i Wyspę Bielarską.
Z Wyspy Bielarskiej na wyspę Słodową (mostek o niezidentyfikowanej nazwie) następnie kładką Słodową do ul. Bolesława Drobnera do mostu Uniwersyteckiego


i Uniwersytetu Wrocławskiego z powrotem do rynku.


Wydreptaliśmy ciekawą figurę i według mojego Endomondo 8 km. Faktycznie powinno wyjść około 7 km. Moje endo oszukuje :)


Grażyna: 




I w tym miejscu moglibyśmy zakończyć naszą opowiastkę o Wrocławiu, bo napisałeś już wszystko co mogło się tam wydarzyć i co mogliśmy zobaczyć w tak krótkim czasie i bez przewodnika :-) 

Oczywiście spotkania z Dorotką i jej kotami 


oraz z dwiema Magdami


były/są bezcenne! :-D
Z Dorotą zaliczyłyśmy spacer i wspólnie przebiegnięty 1 km he he ;-P natomiast przemilczę kwestię wsiąkającego w nas wina :-) :-) :-) i piwa :-P 
Nie mogę przemilczeć Radzia, który skradł moje serce :-D 


Jeśli zaś o mosty chodzi (które zresztą uwielbiam bo są dla mnie symbolem siły i potęgi...), ominąłeś mos Zwierzyniecki :-)



Ciekawy jest też Pomnik Anonimowego Przechodnia 



Fajnie byłoby mieć więcej czasu i pieniędzy, bo jestem pewna, że nie zobaczyliśmy nawet 1/10 tego co warto byłoby obejrzeć. Może uda się jeszcze kiedyś tu wrócić :-) 


wyprawy cdn... 

Grażyna i Jacek

21 marca 2015

8 Półmaraton Ślężański 21.03.2015r.

Jacek:
Dzisiaj przebiegłem mój pierwszy, prawie górski półmaraton.
Półmaraton Ślężański!


Na starcie w Sobótce stanęło prawie 4 tysiące osób. Miedzy innymi znajomi: Tereska i Włodek.


Stanąłem kilka metrów przed pacemaker-em na czas 2;10. Nie spodziewałem się, że uda mi się dobiec prędzej patrząc na profil trasy.
Wystartowałem z tłumem biegnącym na podobny czas, więc bieg przez pierwsze 5 km wydawał mi się wyjątkowo powolny. Pierwszy i najdłuższy zarazem podbieg kończył się w połowie dziesiątego kilometra i tam dogonił mnie pacemaker na 2;10.
Przebiegłem razem z nim do tabliczki 12 km i tam zaczęło brakować mi sił,
a pacemaker oddalał się coraz bardziej.
Kolejne i coraz częstsze podbiegi wykańczały mnie coraz bardziej i coraz więcej osób mnie wyprzedzało. Czekałem, kiedy dobiegnie do mnie Tereska, którą zostawiłem na drugim kilometrze. Nie dobiegła.
Ostatni podbieg na 20 kilometrze już ledwo człapałem. Ktoś z kibiców, z medalem na szyi, krzyczał: jeszcze kilometr, nie odpuszczaj, sturlasz się do mety :-) :-) :-)
Widząc tabliczkę: 20 km byłem przerażony, że nadal biegnę pod górę.
Będąc na szczycie przyśpieszyłem, gnałem do mety ostatkami sił i wyprzedziłem pewnie z 10 osób. Ostatni zakręt i 100 metrowa prosta. Finiszowałem jak na prawdziwego biegacza przystało.
Meta! Nie znam wyniku, nie widziałem zegara!
Dostałem medal na szyję, jabłko i wodę. Zmęczenie zaczyna odchodzić. Zaglądam do smartfona, ale okazało się, że moje endomondo zatrzymało się na 13 kilometrze.
Nadal nie wiem ile czasu zajął mi bieg.
Odnalazłem Grażynkę.
Powiedziała, że na pewno zmieściłem się w 2:25
Tereska też już jest, wbiegła niewiele za mną. Włodek dużo wcześniej. Mój zakładany czas na mecie był w granicach 2:10 - 2:20.
Przyszedł SMS od organizatorów.
Czas 2:21:03, międzyczasy: 10 km: 1:03:35, 20 km: 2:15:28.
Włodek pobił swój własny rekord życiowy: 1:43:31, Tereska dobiegła 5 min po mnie.
Wrażenia? Nie do  opisania ;-)
Chyba muszę potrenować podbiegi. Wykańczały mnie.
W sumie to jestem zadowolony :-D


Grażyna: 
Gratuluję KOCHANIE!!!! :-*
Zapomniałeś tylko o początku czyli ślicznych wolontariuszkach ;-)


Odbiorze pakietu i gps z którym biegłeś i pięknym medalu :-D 





KOCHAM CIĘ! :-* 


Grażyna i Jacek

20 marca 2015

Międzynarodowy Dzień Mózgu - z małym opóźnieniem ;-)

Jacek:
W środę ruszyliśmy do Wrocławia.
Po drodze w RMF FM usłyszałem, że właśnie mamy Międzynarodowy Dzień Mózgu i że, niestety, nie wszyscy są jego szczęśliwymi posiadaczami :-)
Moim skromnym zdaniem, mózg, jako część naszego ciała, posiadają wszyscy lecz niektórzy nie potrafią go używać i dlatego noszą miano "bezmózgowców".


Przypomniała mi się arabska bajka, którą słyszałem będąc jeszcze dzieckiem, więc się nią podzielę.

"Bajka o leniwym głupcu"
Żył sobie pewien człowiek, który strasznie chciał być bogaty ale jak to często bywa brakowało mu zapału do pracy. Poszedł do wróżbity i spytał czy znajdzie w swoim życiu bogactwo.
Wróżbita powiedział, że znajdzie ale musi ruszyć w podróż i go poszukać.
Wyruszył więc ów człowiek i dotarł do sadu prowadzonego przez dwoje starszych ludzi.
Sad nie wydawał owoców. Właściciel wyjaśnił, że w ziemi znajduje się złoto ukryte dawno temu przez zbójców. Korzenie drzew się w nie wplątały co utrudnia ich zdrowy rozrost i plony.
Poprosił przybysza o przekopanie ogrodu i wydobycie złota.
Korzyść miała być obopólna.
Przybysz zabierze złoto, a właściciele sadu będą mieli plon. Wędrowiec powiedział, że chętnie by to zrobił, lecz czeka na niego wielkie bogactwo i nie może marnować czasu na kopanie sadu...

Wędrowiec poszedł dalej docierając nad brzeg oceanu, gdzie na płyciźnie leżał wieloryb.
Spytał go dlaczego nie płynie. Wieloryb mu na to że połknął wielką skrzynię z zatopionego statku pirackiego i ciąży mu ona w żołądku.
Nie jest więc w stanie płynąć i umrze tu na brzegu.
Poprosił by ten wydobył skrzynię po czym on stałby się bogaty, a wieloryba uratowałby od śmiertelnego balastu.
Wędrowiec rzekł, że chętnie by to zrobił lecz nie ma co zrobić ze skrzynią skarbów, a przecież musi podążać dalej za swoim bogactwem.
Dotarł w końcu na pustynię spotykając ciężko chorego lwa.
Zapytał co mu jest.
Lew wyjaśnił, że choruje już bardzo długo i jedynym lekarstwem na jego dolegliwość jest zjedzenie najbardziej leniwego głupca jakiego spotka. Wędrowiec opowiedział lwu o swoich perypetiach: o poszukiwaniu bogactwa, sadzie i wielorybie.
Na co lew odpowiedział: "widzę, że jesteś leniwym, bardzo leniwym i do tego najgłupszym człowiekiem jakiego do tej pory spotkałem. I już wiem, że właśnie mam swoje lekarstwo...

Wielu z nas przez całe życie szuka bogactwa, nie zauważając skarbu, który posiada.

Wkrótce nasze wrażenia z wycieczki po Wrocławiu, miasta wielu mostów.

Grażyna: 






Grażyna i Jacek

8 marca 2015

Dzień Kobiet!

Grażyna:
Wczoraj usłyszałam: "napisałabyś coś wreszcie" :-) 
Skoro zostałam wywołana do tablicy (dziękuję Teresko ;-*) to piszę, bo i nawet temat jakoś sam się kalendarzowo nawinął: DZIEŃ KOBIET!
Zajrzałam do Wikipedii żeby trochę informacji łyknąć, ale jest ich tak dużo, że wrzucam link dla ciekawskich KLIK

Początki tego święta to oczywiście Rzym i jego Matronalia obchodzone z początkiem marca, a związane z rozpoczynającym się rokiem, macierzyństwem i płodnością.
W tym dniu mężczyźni obdarowywali swoje partnerki prezentami i spełniali ich życzenia (och jak miło! :-D ).
Oczywiście JEST TO Święto Amerykańskie, zapoczątkowane w 1909 roku!

W Polsce świętowano głośno w czasach PRL, kiedy to kobietom wręczano goździk sztuk 1.
Później doszły też chyba rajstopy, ręcznik, ścierka, mydło, kawa (he he ;-P ), a z czasem goździka zmieniono na tulipana - pewnie było taniej, bo tulipan nie wymaga asparagusa i kokardy... :-P
Ja tam tulipany bardzo lubię! :-)



Przykrym faktem w naszym kraju w czasach PRL-u było to, że kobiece święto nie miało z tym świętem nic wspólnego. Dzień ten, jak i inne uroczystości istniał po to, aby obywatele nie zapomnieli o przywiązaniu do Państwa Ludowego, a plakat "Kobiety na traktory" pamiętam do dziś.


Jedynie opinia Gomółki do dziś odnajduje się w prawdzie, bo przecież "nie ma dziś w Polsce dziedziny, w której kobiety nie odgrywałyby ważnej roli" i dodałabym jeszcze, że nie ma dziś w Polsce kobiety, która nie radziłaby sobie z jakąkolwiek dziedziną życia.....

Zostawmy PRL, co było a nie jest.... no właśnie :-)
Jak jest dziś? Nie wiem czy dobrze pamiętam, ale MY, już tacy bardziej wyluzowani, wyswobodzeni spod ucisku PRL i w ogóle, próbowaliśmy zbojkotować Święto Kobiet, bo to komunistyczne święto przecież!
A tu taki ZONK :-P Bo nie komunistyczne, a bo Rzymskie i Amerykańskie trochę. O!!!

Święto przetrwało i bardzo mnie to cieszy, bo choć zawsze powinno być fajnie, to super jest taki dzień w którym może być jeszcze fajniej!

Nie dostanę dziś kwiatka, bo trzy dni temu dostałam gacie i spodenki biegowe (kolejne buty przemilczę ;-P ), ale wcale mnie to nie martwi, bo należę do tych szczęściar, które swoje Święto mają prawie cały rok. A jedyna czarna myśl jaka mnie czasem dopada, to taka, że mogę tego szczęścia zostać pozbawiona...
Oczywiście mój facet to również niebywały szczęściarz! :-D

Przed chwilą usłyszałam:
- Jakie masz życzenie?
- Hmmm.... zrób mi tort - odpowiedziałam :-)
- Och jej!!! :-O - padło w odpowiedzi :-))))
Oczywiście tortu też nie będzie, ale mamy drożdżowe paluchy z serem, które wczoraj upiekłam, sztuk 2 bo tylko tyle pozostało ;-D
Za to będzie dziś sportowo!

Nie będę wsadzać kija w mrowisko i pisać o kobietach i ich okropnych wadach, bo nie o to dziś chodzi, ale Wszystkim Paniom życzę, aby nigdy nie zapominały co tak naprawdę oznacza BYĆ KOBIETĄ!
To na pewno nie jest równoznaczne z dorównywaniem facetom :-)

Wszystkiego Najpiękniejszego Babeczki!!! 



Jacek: 
Nic nie dodam oprócz życzeń dla Wszystkich Pań razem i każdej z osobna :-)
Wszystkiego Dobrego!



Grażyna i Jacek

1 marca 2015

Czas na przebudzenie :-)

Grażyna: 
Przedwiośnie.
Dla mnie to stan dziwnego odrętwienia, bo zimno, mokro, pluchowato, a do tego jakaś angielska pogoda nam się zrobiła, bez słońca i z mgłami.
Taki obraz za oknem nie napawa pozytywami, jest wręcz depresyjny...
Za wiosną nie tylko MY tęsknimy...


Ale MY, żeby sobie życia nie uprzykrzać aurą (na którą wpływu nie mamy), robimy swoje ;-)
czyli PLANUJEMY, snujemy, gadamy, milczymy, sprzeczamy się, ruszamy nogami jeżdżąc, biegając, maszerując, żeby przygotować bazę siłową, mięśniową, wytrzymałościową do kolejnych przygód.
Nie mamy pojęcia jakich, bierzemy co się da! ;-p
Czytamy.
Codziennie min 2 godz. Leci książka za książką :-)
Nie potrafię sprecyzować jaką literaturę preferujemy bo właściwie KAŻDA, która jest w stanie nas wciągnąć, jest SUPER! I np. od "Potępienia Paganiniego" Winogradowa począwszy, pomykając przez książki o tematyce biegowej czy też wojennej i psychologicznej, na "Kwiatach na poddaszu" pani Andrews kończywszy :-)
Dzielenie książek na męskie i niemęskie, bo babskie, bardzo mnie śmieszy i cieszę się, że u nas tego podziału nie ma :-)
Fabuła, która robi na nas wrażenie, mobilizuje nas do dyskusji, wniosków, żartów, zgrzytów, różnic zdań i takich tam innych, ale cieszy fakt, że spędzamy razem czas i potrafimy się sobą codziennie cieszyć.



Za 2 tyg będziemy na Kociewiu, za ok 3 tygodnie we Wrocławiu, następnie Sobótka, Żywiec (z pewnych powodów) jest w zawieszeniu, ale nie w rezygnacji :-)
Święta po za domem. Następnie Poznań - w połowie kwietnia i wreszcie powrót do domu :-)
W maju Białystok... i właściwie nie wiem czy do końca roku będzie choć jeden pełny miesiąc spędzony w domu...



Z jednej strony cieszy nas, że zdrowie i siły pozwalają na takie eskapady, z drugiej... tęskno do domu :-)
I wyprawa rowerowa dłuuuuga się szykuje, ale to na razie plany w powijakach, więc sza!


Właśnie sobie uzmysłowiłam, że dzisiejszy wpis obudził we mnie wiosnę i o to chodziło!  :-D




Jacek:
W oczekiwaniu na wiosnę i kolejny sezon pełen atrakcji i aktywności fizycznych (jak sądzę) poczęliśmy przygotowania.
Jest coś i dla ducha i ciała. Dużo czytamy książek, a od ponad miesiąca przygotowuję się do wiosennego półmaratonu w Sobótce.
Będzie to bieg jakiego jeszcze nie doświadczyłem, gdyż są to już tereny górzyste, a moje podbiegi tutaj są niczym w porównaniu z biegami w tamtym terenie.
Trzymiesięczny pobyt w Trójmieście osłabił bardzo mocno moją siłę i wytrzymałość, pomimo iż tam też trenowałem. Nie mam co liczyć na jakiekolwiek rekordy ani nawet na wynik zbliżony do biegu w Tczewie.
Moje treningi, według planu znalezionego w internecie, to bieg 4 razy w tygodniu.
Jeden trening krótki (do 7 km) ale szybszy, dwa z ćwiczeniami, tj 1 z podbiegami a 1 z interwałami, oraz długie spokojne wybieganie.
Jak efekty? Trudno mi ocenić, miesiąc to za krótki okres.
W każdym bądź razie jeszcze wiele potu muszę wylać zanim dojdę do formy z roku ubiegłego.
Ale na wszystko przyjdzie czas, a biegam dla samego biegania a nie rekordów.
I tak po za tym, być może niedługo będę miał towarzystwo w postaci Grażynki, bo też zaczyna od nowa :-)

Dzisiaj na leśnym spacerku w poszukiwaniu wiosny natrafiliśmy na bardzo ożywione mrowisko, a więc przyroda też wiosnę już czuje i z utęsknieniem na nią czeka ;-P



Grażyna i Jacek

15 lutego 2015

Kartka.

Grażyna:


W przypływie gorszego nastroju i jeszcze gorszego samopoczucia, zarzuciłam Jackowi, iż zaplanował sobie cały rok pod swoje biegi i nie ma w jego planach miejsca dla mnie i mojego "JA CHCĘ!".
No takie czepialstwo w czystej formie, żeby przekazać krętymi ścieżkami coś w rodzaju "halooooo!!! też tu jestem i też mam COŚ do powiedzenia i ochotę na coś tam!", bo przecież prosto się nie da - kobietą jestem :-P
Po opadniętych emocjach było mi głupio, ale co poszło to cofnąć się już nie dało :-/
Jacek tłumaczył, że pomiędzy biegami poodwiedzamy znajomych, że pewnie coś zobaczymy, ale to było takie rozmyte.
Brak konkretów.
Widziałam zazdrośnie tylko jego starty i nic więcej.
Wreszcie dostałam kartkę. Nawet nie całą, takie 3/4 wyrwane z zeszytu (od Jacka oczywiście), ze słowami: - zapisz tu swoje marzenia do realizacji na najbliższe 2 lata.
Zatkało mnie.
Codziennie na nią patrzyłam i nie miałam pojęcia co napisać, może ja nie mam marzeń, czepialstwo było czepialstwem, a teraz wyszło szydło z worka?
Konkretna mp3 jest zbyt oczywista.

 

Druga para butów biegowych też, jakieś łaszki sportowe nowe to już w ogóle standard, biżuterii nie   noszę, perfum nie używam (dezodoranty owszem), kosmetyki starczają mi na 5 lat, więc zwyczajnie tracą ważność, kremów raczej tanich używam - typu Ziaja, które uwielbiam, na imprezy nie chodzę, towarzysko się nie udzielam, więc co do cholery mam napisać na tej kartce???                                   


A żeby mi sprawy nie ułatwiać Jacek co jakiś czas zagląda do niej (leży na wierzchu) i komentuje:     
-Twoja kartka jest nadal pusta... (?!)
Ech, no! Gadać w złości jakoś łatwo przychodzi, ale zebrać myśli i napisać o czym się marzy. 

Z pomocą przyszła mi... bezsenna noc :-) 


Leżąc i rozmyślając o swoim życiu w pewnym momencie zobaczyłam siebie z plecakiem, śpiworem, karimatą, Jackiem obok, w... górach! Naszych Polskich oczywiście! :-D                                               
Widziałam nas wędrujących szczytami, nocujących w schroniskach lub pod gołym niebem, nie schodzących na niziny przynajmniej przez 2 tygodnie! 
Poczułam to chciejstwo całą sobą i następnego dnia objawiłam Jackowi swoje marzenie :-D 
Bez rowerów! Plecaki, nogi nasze własne, pociąg i MY! (dla Lusi załatwimy opiekę, pies na szlakach być nie może). 
Już następne wakacje takie właśnie będą, czyż to nie wspaniałe??? 


Urodziło mi się marzenie, więc muszę je pielęgnować :-) jest dla mnie bardzo ważne... 
Za tym marzeniem cichutko kroczy następne... a jego imię to: GITARA.
Od dziecka chciałam umieć na niej grać, jednak nigdy jej nie posiadałam, a teraz przed zakupem instrumentu powstrzymuje mnie... brak wiary w to, że opanuję sztukę "brzdąkania". 
A obiecałam Agu, że na jej 40 zagram Happy Birthday i... słowa nie dotrzymam :-/  
Może na 50 urodziny zdążę się nauczyć ;-P  

Dziś w Lidlu były nawet przymiarki do wedrówkowych plecaków, ale postanowiliśmy dać sobie szansę na obejrzenie innych w Decathlon-ie chociażby :-)
Swoją drogą fajnie byłoby tak w góry, z plecakiem, gitarą i Jackiem, albo Jackiem, plecakiem i gitarą, albo.... dobra, przestanę :-) bo w tych górach to ja JUŻ jestem całą sobą :-D 


Jacek:
Mężczyznom jakoś zawsze łatwiej. Ja, żeby zaplanować kolejny rok nie potrzebowałem zbyt wiele czasu i energii. Oczywiście myślałem, że Grażynka będzie równie szczęśliwa uczestnicząc w tym co zaplanowałem, dopóki nie usłyszałem: A JA? Gdzie ja w tym wszystkim jestem? 
Wtedy dopiero sobie uświadomiłem, że nawet jeśli myślimy tak samo i w tym samym momencie, to nie wszystkie nasze marzenia i pragnienia muszą się w 100% pokrywać. 
A czytanie w myślach??? Też nie zawsze mi wychodzi tak jak bym chciał. Stąd wzięła się KARTKA... :-)


Grażyna:
p.s. 
i konieczne są wygodne buty!
Grażyna i Jacek




12 lutego 2015

Walentynki! - Happy Valentines Day :-D


Och ... jakiż to trywialny tytuł, nudny temat, a jakie beznadziejnie komercyjne i konsumpcjonistyczne święto - słyszy się w okół, gdy tylko zbliża się 14 luty...  :-D
Jakież to smutne...  Ale temat w sam raz dla mnie! :-P 



Można nie lubić wielu rzeczy, ale dlaczego skupia się to na tak fajnym święcie i do tego wcale nie z amerykanizowanym i nie wypierającym rodzimych tradycji :-) 
Może dlatego, że jeszcze nie jest ono dniem wolnym od pracy...




...jak np święto Trzech Króli którzy, wg najnowszych doniesień, w ogóle nie istnieli? 
A już na pewno nie jest to święto mające polskie korzenie.... 
Tylko które święto, obchodzone przez nas, je ma?



A miłość istniała, istnieje i istnieć będzie - ZAWSZE! więc co komu przeszkadza oddawanie jej hołdu, czci, czy bicia pokłonów u stóp ukochanych  :-P




Przecież już w starożytności świętowano i oddawano cześć miłości, czy bóstwom z nią związanymi :-)
Jacy jesteśmy zakłamani, skoro tak istotne jest dla nas Święto Zmarłych pochodzące z Meksyku, a jak powszechnie wiadomo Meksyk to państwo leżące w Ameryce Północnej...
Czyli to święto Amerykańskie!
Dlaczego raz w roku, za wszelką cenę, pamiętamy o tych których nie ma, o grobach, natomiast pamiętanie o miłości przychodzi nam z takim trudem, a święto z miłością związane uważamy za niegodne świętowania i pamiętania?

Jakoś nie mogłam sobie darować, żeby o tym nie napisać :-) bo choć tak naprawdę mało mnie obchodzi w co kto wierzy, to strasznie drażni mnie wyśmiewanie i arogancja w stosunku do ludzi mających inne patrzenie i widzenie niż my sami.

No, może zbyt uogólniam ;-) bo nie wszyscy są źli na Święto Zakochanych.
MY na pewno NIE!!! :-D




        Walentynki były obchodzone już od średniowiecza w Europie południowej i zachodniej (północna i wschodnia dołączyły później). 
Pomimo katolickiego patrona (św Walentego), wiązane jest ono ze zwyczajem (zbieżnym terminowo) pochodzącym z Cesarstwa Rzymskiego, polegającym m.in. na poszukiwaniu wybranki serca. 
Dzisiejszy Dzień Zakochanych jest kojarzony z takimi postaciami z mitologii jak Kupidyn, Eros, Pan czy Juno Februata i bardzo możliwe, że zwyczaje związane z tym dniem nawiązują do starożytnego święta rzymskiego, zwanego Luperkaliami, obchodzonego 14-15 lutego ku czci Junony - rzymskiej bogini kobiet i małżeństwa oraz Pana - boga przyrody.

Żeby nie było za łatwo co, skąd, jak i po co, to Brytyjczycy uważają to święto za własne z uwagi na fakt, że rozsławił je na cały świat sir Walter Scott w latach 1771-1832 :-)
Ode mnie brawo dla Brytyjczyków! :-)



Do Polski obchody walentynkowe trafiły wraz z kultem świętego Walentego z Bawarii i Tyrolu. Popularność uzyskały jednak dopiero w latach 90 dwudziestego wieku.
Jedyne i największe w Polsce odbywają się corocznie od 14 lutego 2002 roku w Chełmnie - mieście zakochanych (województwo kujawsko-pomorskie) pod nazwą "Walentynki Chełmińskie".




Za sprawą przechowywanej, prawdopodobnie od średniowiecza, w chełmińskim kościele farnym pw. Wniebowzięcia NMP (1280-1320), relikwii św. Walentego.
Połączono tu lokalny kult św. Walentego z tradycją anglosaską.  - jak miło, prawda :-) Można? Można! (przyp. autorki czyli mnie ;-P)



Święto to konkuruje o miano tzw. Święta Zakochanych z rodzimym świętem słowiańskim zwanym potocznie Nocą Kupały lub Sobótką, obchodzonym w nocy z dnia 21 na 22 czerwca.

To tyle, jeśli o zarys historyczny i pochodzenie Walentynek chodzi.
Wszystko ma swój początek, a te najpiękniejsze święta wywodzą się z bardzo odległych czasów, bo na pewno nie z ery komputerów, wypasionych aut i odrzutowców, trójwymiarowych drukarek, wyścigu szczurów etc... etc...



Jak wyglądają dzisiejsze, nowoczesne imprezy, lepiej przemilczę...
Lubię walentynki, za tysiące tandetnych serduszek, laurek, sms, czekoladek, domowych (i nie tylko) kolacji przy świecach, za kwiaty, za uśmiechnięte zakochane buzie, za to że czas na chwilę zwalnia i przypominamy sobie o tej drugiej, bliskiej nam osobie :-)
14.02. przypomina nam jak dawno powiedzieliśmy komuś, że go kochamy, że cieszymy się gdy jest blisko i że w ogóle jest, że jest nam potrzebny/a, że dobrze nam przy niej/nim...

Miłość to nie tylko Ona i On, to także rodzice, dzieci, rodzeństwo, dziadkowie itd itp :-)



Banał?
Może...
Dla mnie niezbędny do życia :-)
Każdemu życzę Miłości, Miłości i Miłości, 
bo... "nic dwa razy się nie zdarzy, nawet my..." 






Grażyna i Jacek 
się pod tym podpisują  ;-)