27 lutego 2016

Łańcuch.

Jacek:
Musieliśmy przewieźć trochę swoich rzeczy autem, łącznie z rowerami.
Jak to zrobić bez bagażnika rowerowego, gdy rowery są duże a wnętrze samochodu małe?
Postanowiłem rozebrać rower na części i złożyć go ponownie na miejscu.
W całości została rama z kierownicą, pozostałe części osobno. Zdejmując łańcuch zauważyłem, że jest tak zanieczyszczony, że nawet stawia opór na łączeniach ogniw podczas zginania.
To dlatego ciężko się ostatnio jeździło, a ja winą obarczałem spadek kondycji i sił w nogach.
Wszystko było fajnie, rower na miejscu zmontowany z powrotem, tyle że łańcuch i kaseta miały przejść kąpiel w benzynie ekstrakcyjnej przed powtórnym założeniem.


Tylko gdzie on jest? Łańcuch znaczy. Jestem pewny, że zapakowany w worku foliowych leżał w przedpokoju z innymi rzeczami do przewiezienia. Jakim cudem mógł zginąć? Przecież oprócz naszej dwójki nikogo nie było w mieszkaniu. Może został wyrzucony razem ze śmieciami?
Już nawet Grażynkę wypytywałem czy go nie zapakowała do śmieci. Koniec końców pogodziłem się z tym, że muszę wstawić nowy z nowymi zębatkami by się ścierały równocześnie a szkoda, bo po kontuzji w ubiegłym roku rower niewiele przejechał po wymianie.

Po powrocie do domu ponownie dla pewności obszukałem kąty i łańcucha nie ma.
Dopiero następnego dnia zaglądając do szafy - zdziwienie - bo w niej worek z łańcuchem.

Grażyna:
Grażynkę nie wypytywałeś tylko od razu założyłeś, że Ci łańcuch wyrzuciła.
Przywykłam, to standard dla Twojego własnego zapominalstwa.
Nawet jak urwałeś termostat przy grzejniku, dwa dni temu, to moja wina była, bo po jaką cholerę ja ten grzejnik odkręcałam...? Bo co, bo zimno mi było?! No żart jakiś, prawda? :-P
Pomału żegnamy się z Mazurami... ;-(
Zamykamy pewien etap naszego życia, aby otworzyć nowy, z nadzieją, że lepszy :-)


Grażyna i Jacek

9 lutego 2016

Tatuaż.

- Marek ale se tatuaż walnąłeś na ramieniu
- Prawda, że czadowy???
-Prawda, ale co Cię natchnęło do tych chińskich znaczków?
- Chciałem wydziergać coś co mają prawdziwi twardziele i w salonie tatuażu w katalogu znalazłem właśnie to:


- No super, a wiesz co znaczy?
- Nie ale widziałem na chińskich filmach karate.

Radość i duma Marka nie trwała długo.
Któregoś dnia zachciało nam się chińskiej kuchni, więc udaliśmy się do restauracji prowadzonej przez Chińczyka. Dziwnie radosny się zdawał patrząc na Marka ramię.
- Podoba się mój tatuaż? Czadowy, nie!
- Tatuażysta inspirował się chyba moją kartą dań... - odparł Azjata.
- Wiesz co to za napis? - spytałem.

Wtedy pokazał nam ten sam napis tylko w poziomie

Zdziwienia Marka nie dało się opisać


Kurczak słodko kwaśny

Jacek

4 lutego 2016

Korona

"Aby coś wygrać biegnij na 100m, aby czegoś doświadczyć przebiegnij maraton" tak mawiał czeski maratończyk Emil Zatopek.
Zarząd Infrastruktury Sportowej w Krakowie - organizator Cracovia Maraton postanowił uhonorować maratończyków.
Aby uzyskać tytuł zdobywcy Korony Maratonów Polskich, należy ukończyć pięć maratonów: Maraton w Dębnie, Cracovia Maraton, Wrocław Maraton, Maraton Warszawski i Poznań Maraton w ciągu 24 miesięcy licząc od daty ukończenia pierwszego maratonu zgłoszonego we wniosku.

Wbrew powiedzeniu "biegać każdy może..." nie każdy może przebiec maraton.
Dla tych, którym z różnych przyczyn nie jest dane biegać maratonów, natomiast są w stanie przebiec dystans półmaratonu, wymyślono rozwiązanie.
Mianowicie Polskie Stowarzyszenie Biegów we współpracy z Wojskowym Klubem Biegacza "META" Lubliniec, w 2014 roku opracowało regulamin zdobycia medalu Korony Półmaratonów Polskich.
Zostało wybranych 12 półmaratonów. Żeby zdobyć koronę należy ukończyć 5 w ciągu roku kalendarzowego.

O moich startach do korony nie będę się rozpisywał gdyż pisałem o tym w poście "Turystyka Biegowa" w grudniu.
O to moje półmaratony z listy:



Zwieńczenie i zarazem cenna pamiątka:



Na FB natrafiłem na komentarz jednego z biegaczy, że do zdobycia korony powinny być ograniczenia czasowe, że to jest zbyt proste zdobyć koronę jeżeli trzeba tylko dobiec do mety.
Moim prywatnym zdaniem to jest "trofeum" biegaczy amatorów i ograniczenia czasowe w których trzeba ukończyć bieg by nie zostać zdyskwalifikowanym powinny wystarczyć. Dla tych najszybszych są przecież igrzyska olimpijskie oraz inne zawody.

Ja też nie zaliczam się do szybkich biegaczy. Właśnie mija 3 lata od moich pierwszych kroków biegowych. Pierwsza moja próba biegowa to było niespełna 5 km w czasie ponad 34 min. Przez te trzy lata w okresach mojej najlepszej formy udało mi się przebiec 5 km w 23:32 min, 10 km w 50:41 min i półmaraton w 2:00:05.  Przy gorszej formie moja piątka to 28 - 29 min, a dyszka w godzinę i lepiej już nie będzie.
Czy to, że niektórym biegaczom mój czas wydaje się śmieszny, nie miałem prawa biec po Koronę Półmaratonów?


Jacek

17 stycznia 2016

Marsz... START!

Grażyna:
Nie ma to jak być pozytywnie zakręconym, a że my tacy jesteśmy to... ;-)
Zima jest piękna, ale i trochę nas udupiła treningowo.



Dywanówek nie lubimy, bo to nuuuuda jest, biegać jakoś trudno w śniegu i ślizgawicy, biegówek (nart) nie posiadamy, klubów fitness (naszych marzeń) u nas NIET, więc maszerujemy, w myśl myśli ;-)


I jest pięknie!
W ciągu 16 dni przeszliśmy 200 km :-D (Jacek 10 km więcej), to więcej niż wybiegane km w najlepszych czasach biegowych :-D


Znaleźliśmy sobie nowy cel, do którego dążyć sumiennie będziemy, a pomysł i myśl o tymże celu zaskoczyła (ale i ucieszyła) nas samych ;-)
Powstają planki malutkie i średnie, ale i plany WIELKIE jak nasza miłość :-)


Nieeee... nie zdradzimy co to, przynajmniej do zapisów, bo jeszcze TA czynność musi nam się udać, a łatwo nie będzie :-P
Można sobie zadawać pytanie: "po co to nam? po co wysiłek, kontuzje, niemoc, niechęć, łzy...?" itp itd
A po co się żyje?
Na żadne pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi :-)
Jeden kocha net (my też go kochamy), TV, piwo, pilot, a jedyny ruch to przerzucanie kanałów ;-P my po skończonych 30-stu paru latach, odnajdując siebie na nowo, odnaleźliśmy pasje które nas łączą i to jest piękne :-)
Dla mnie zamykają się bezlitośnie drzwi biegowe... ale otwierają inne i w nich cała moja nadzieja ;-)

Jacek:
Zastanawiałem się czasami nad sensem życia, po co wydawać na świat potomstwo?
By tak jak my zmierzali się z problemami istnienia na tym łez padole?
Pracować by jeść, jeść by żyć, żyć by jeść...
Skoro już jesteśmy na tym świecie to chcielibyśmy robić to co sprawia nam przyjemność zanim opuścimy to miejsce na zawsze .
Nic 2 razy się nie zdarza, życie to są chwile...
Coś stanie nam na drodze, jakiś mało istotny incydent, i od nas zależy co z tym zrobimy. Skorzystamy z danej przez los szansy i zrobimy coś naprawdę ciekawego, czy pozwolimy by nam to umknęło, lub pojawi się ktoś kto zmieni jakąś część naszego życia w koszmar, gdy nie przejdziemy obok  niego obojętnie spoglądając w drugą stronę.
Rok 2014 upłynął pod kątem dalekich podróży rowerowych (ponad 8 000 km), rok 2015 pod kątem biegowym, natomiast 2016 zanosi się na dalekie, bardzo dalekie wycieczki piesze.
Na razie trenujemy, przemierzamy nasze rowerowe ścieżki pieszo...
A cel? O tym na razie szaaa... ;-)


Grażyna i Jacek

10 stycznia 2016

Styczeń.

Grażyna:
Jak ten czas szybko "biegnie" :-)
Nie tak dawno były święta, a tu już dziesiąty dzień stycznia...

WSZYSTKIEGO SZCZĘŚLIWEGO 
W NOWYM 2016 ROKU! :-D


Jacek:
Przerwa w treningach biegowych nadal trwa.
Próbowałem dwukrotnie przy -15, ale po kilku kilometrach w tempie 6 min/km czuję jakby moje płuca nie mieściły się w piersi. No nic, poczekam na cieplejsze dni.
W zamian wspólnie uskuteczniamy wędrówki piesze.
Dłuższe lub krótsze ale codziennie od Nowego Roku. Dopiero dzisiaj dzień zupełnego odpoczynku. Przez 9 dni stycznia wydreptaliśmy 118 km.
Dla niektórych to bardzo dużo, dla innych średnio. Na pewno nie jest to mało jak na 1/3 miesiąca.
Mamy fajną ścieżkę leśną, którą można przejść tylko zimą.



Latem są tam rozlewiska wodne, nie wiemy jak głębokie i z jakim dnem więc nawet nie próbujemy przedzierać się na drugą stronę.
Idąc rozlewiskiem trasa, w zależności od drogi jaką wybierzemy później, wynosi 10, 12,15 i 18 km.
Maszerując nawet 20 km przy - 15 stopni, nie czuję ucisku w płucach jak przy 6 km biegu.
My przechodziliśmy po lodzie raczej płytkiego zbiornika wodnego, zamarzniętego w całości, ale widzieliśmy osoby, które korzystały z kawałka lodu by "polować" na ryby :-o


Grażyna: 
Zima raczej łaskawa jest, ale zawsze powtarzam, że luty to najbardziej zimowy miesiąc, więc wszystko przed nami ;-)
Nie mamy ochoty zgnuśnieć czekając na lato i stąd marsze.
Oczywiście nic nie dzieje się bez powodu czy przyczyny, bo tam gdzie zamykają się (z różnych powodów) jedne drzwi, otwierają się następne :-D
I w naszych głowach takowe otwarły się na oścież! :-D :-D :-D
Czy przez nie przejdziemy czy tylko utkniemy, okaże się za czas jakiś ;-)
Ahoj przygodo!



Grażyna i Jacek

19 grudnia 2015

Dinozaur.

Dinozaury to my - chciałoby się rzec - ale nie o nas chodzi.


To znaczy o nas pośrednio też, a dokładnie o rozumienie się ;-)

Kiedyś, kiedyś, reklama w TV pewnej kolekcji, przypomniała mi historyjkę z zamierzchłych czasów, którą opowiedziałam Jackowi.
Mianowicie lat trochę temu, była moda na różnego rodzaju gazetki z dodatkami (nadal są ale już tak nie nęcą), a między nimi dinozaur.
Części 80 kilka, wysyłanych raz w miesiącu po sztuk 2 czyli jak łatwo obliczyć ponad 40 miesięcy zbieraniny. Każda wysyłka to koszt prawie 45 zł...
I te parę lat temu dałam się ponieść, zamówiłam pierwszą, tańszą część :-)
Gdy uzbierałam cały łeb, doszłam do wniosku,że nie stać mnie na więcej.
Z łba miała powstać lampka, ale na "miała" się skończyło, więc pyszczydło leżało gdzieś wysoko i porastało kurzem.
Zazwyczaj tak się kończą nie przemyślane decyzje...
Minęło trochę lat i BACH! dinozaur znowu na topie ;-)
Opowiedziałam Jackowi powyższą historyjkę, pokazałam w necie dinusia o wzroście 150 cm, a Jacuś sądząc, że mi bardzo przykro z powodu poprzedniego, nieudanego zbioru kolekcji, wszedł na stronkę firmy i zamówił część pierwszą :-D
Dla mnie!
Zaczęła się mozolna, nieprzemyślana zbieranina, bo po pierwsze PO CO? No dla mnie przecież "bo chciałam, bo było mi przykro, że wtedy nie dałam rady"???????????????????????????????  :-O
A po drugie, to gdzie my go postawimy na naszych 29 metrach kwadratowych...
Przez ponad 3 lata upychaliśmy kolejne kartoniki gdzie się dało, aż nadszedł TEN dzień :-D
Spakowaliśmy dinusia w częściach i upchnęliśmy w aucie mojego brata (bo większe), aby przewiózł go z nad jezior, nad morze (tam więcej miejsca :-P).
Latem, będąc u moich rodziców, w działkowej altance, w pocie czoła, powstawał ON...


Krok, po kroku, kręg po kręgu, żebro po żebrze :-D
Składanie kilkunastomiesięcznej zbieraniny o wartości 1600 zł, zajęło nam ok trzech godzin...


Patrząc jak powstaje to monstrum, cieszyłam się, że nie upchnęliśmy go w mieszkaniu, bo musiałby wisieć, albo my musielibyśmy nauczyć się latać ;-P

Dinuś stanął dumnie na działce, zwyczajnie zwróciliśmy mu wolność :-D


Ma mieć zbudowaną grotę z kamieni, ale to już nie nasze zadanie ;-)
Z daleka prezentuje się całkiem nieźle, ale z bliska... szkoda gadać :-/ Rozłazi się na "szwach", wierzch to tandetny plastik z kiepskimi zaczepami.
Gdy byliśmy w październiku to stał smętnie owinięty folią z w/w powodów :-(
Powiedziałam tacie, żeby uszczelnił go wiosną silikonem :-P

Tak właśnie kończą się historie z niedopowiedzianymi do końca chciejstwami i niechciejstwami ;-)
Ja - opowiedziałam coś, co się wydarzyło i nie miało końca.
Jacek - przyjął to za smutek, żal... i postanowił zrobić mi przyjemność :-D

Może opowiem mu, jak bardzo mi przykro, że nie mam Nissana Juke... :-P

Grażyna

29 listopada 2015

Turystyka Biegowa

Jacek:


Rok 2015 minął nam pod kątem "turystyki biegowej" ;-)
Tym hasłem nazwałem wszystkie nasze wyjazdy związane z imprezami biegowymi.
Niestety, takie wyjazdy są kosztowne...
Pomijając opłatę startową, największym kosztem jest podróż oraz nocleg o ile chce się zostać chwilkę dłużej w nowym miejscu.
Każde miejsce, każde miasto ma coś ciekawego co warto zobaczyć.

Pierwszym naszym wyjazdem był Półmaraton Ślężański 21 marca.



Podobał mi się ten mały biały zawodnik :)
Sam dojazd to ponad 600 km w jedną stronę.
Po 8 dniach był Półmaraton w Żywcu.. Czas oczekiwania spędziliśmy bardzo fajnie w Zdzieszowicach i Rybniku, w doborowym towarzystwie :-D


Wróciliśmy do domu by po 2 tygodniach ruszyć do Poznania na kolejny Półmaraton.


Nie nocowaliśmy tam nawet, odłożone fundusze, które miały starczyć na wszystkie wyjazdy, właśnie były na wyczerpaniu.. To była podróż prawie 500 km na start i po biegu z powrotem by zdążyć przed nocą do domu.
Po 3 tyg przerwie pojechaliśmy rowerami do Gołdapi na szybką "piąteczkę". Po 3 godzinnym pedałowaniu, przebiegnięcie 5 km zajęło mi prawie 25 min. Ale zawsze to było coś nowego :-)
Prawie jak duathlon ;-)


Tydzień później był Półmaraton w Białymstoku.
170 km od domu więc jak u siebie.


Po miesiącu leśna "dyszka" w Gałkowie, którą pobiegliśmy razem. Też blisko domu.


To był dopiero czerwiec, brak kasy, nie chcąc rezygnować z dalszych startów, pojechaliśmy do Trójmiasta zapracować na swoje przyjemności.
Niestety pierwszy dzień w Gdańsku zakończył się dla mnie poważnym wypadkiem rowerowym i 2 tygodniowym uziemieniem :-/
3 tyg po wypadku, 12 lipca, jak już mogłem prawie bez bólu chodzić, wziąłem udział w TRICITY TRAIL.


21 km Trójmiejskim Parkiem Krajobrazowym, bieg przełajowy po lesie, jako rehabilitacja dla kolana okazał się rewelacją, barkowi jednak nie pomógł. Myślę, że ręka już nie wróci do całkowitej sprawności. Cóż, czasami chwila nieuwagi, nasza lub innego uczestnika ruchu, może zmienić całe nasze życie.

Po 2 miesiącach oddawania się pracy zawodowej, od poniedziałku do piątku, od rana do wieczora z czasem na treningi tylko w weekendy,
6 września udaliśmy się do Piły, gdzie wystartowałem w Półmaratonie Philipsa.


Stanąłem na 2:10 nie spodziewając się nawet takiego wyniku.
Czas na mecie mnie jednak zaskoczył: 2:00:05. Pewnie gdybym pobiegł z pacemakerem na 2:00 moje wymarzone 2 godz byłyby złamane. Jak widać, praca nie tylko uszlachetnia ;-P

Po tygodniu mój kolejny rekord życiowy, na biegu Westerplatte - 10 km w 50:42.


Po 3 miesiącach pracy wróciliśmy do domu. Jak to się mówi: wszędzie dobrze ale w domu najlepiej.
Nagły brak zajęcia, długie poranki z kawą i książką w łóżku poskutkowały paroma kilogramami dodatkowego balastu i gwałtownym spadkiem formy.

Mój kolejny półmaraton w Kościanie był dla mnie szczególnym przeżyciem. Forma swoja drogą,
a do tego od 2 dni przyjmowany antybiotyk, spowodował prawie zupełną utratę sił już po 5 km. Gdyby nie był to ostatni mój bieg do korony, zszedłbym z trasy.


Tydzień później, na zakończenie mojego sezonu biegowego, pobiegłem jeszcze leśny Półmaraton Niepodległości w lesie widocznym z okna mojego mieszkania. Tu oczywiście o wyjeździe turystycznym nie mogło być mowy. Dojazd na Start rowerami zajął nam 15 min.


Podsumowując; zacząłem od Sobótki i wyniku 2:15:28 i na kolejnych biegach poprawiałem swój czas.
Żywiec 2:12:50, Poznań 2:11:02, Białystok 2:05:01 i Piła 2:00:05. Kościan i Węgorzewo już nie poszły tak dobrze: 2:14:27 i 2:17:47.
Dla jednych marzeniem biegowym jest Półmaraton w 90 min dla innych dobiegnięcie do mety.
Dla mnie było złamanie 2 godzin...
W rym roku się nie udało. Zabrakło 6 sekund, może jeszcze się da...
Niedługo kolejny rok, jaki on będzie czas pokaże :-)

Grażyna:
Oprócz wszystkich WIELKICH i drogich :-P biegów, była jeszcze cała masa tych mniejszych, bezmedalowych, choćby Parkrun-y


czy Test Coopera :-)


Wszystkie mordercze treningi przemilczę... albo nie, wspomnę o naszym wspólnym maratonie w okół jeziora Mamry :-D który opisaliśmy  TU  
Zapewne mój bieg śmieszy "rasowych" biegaczy, ale mało mnie to obchodzi na dzień dzisiejszy
Robię TO co sprawia mi przyjemność i w TAKIM tempie na jakie pozwala mi organizm, a głównie nogi. 
Tobie Kochanie oczywiście gratuluję :-*
Nie twierdzę, że było mi łatwo towarzyszyć na tych wszystkich imprezach "tylko" jako kibic z aparatem. Było trudno, boleśnie, zazdrośnie, ze łzami, złością, bezsilnością, bezradnością...
Ale i dumą, że dajesz radę pomimo... pomimo WSZYSTKO! :-)
Na ten rok to już koniec, o następnym już mówisz i nie pozwalasz mi mentalnie być w domu :-P 
Bywasz OKROPNY!!! 

Grażyna i Jacek

22 listopada 2015

V Półmaraton Niepodległości Węgorzewo

Jacek:
Na zakończenie sezonu biegowego postanowiłem wziąć udział w Półmaratonie Niepodległości 14.11. odbywającym się w lesie, który widzę z okna swojego mieszkania.
Był to kameralny bieg z limitem 150 osób i biegiem towarzyszącym na 10.5 km z takim samym limitem uczestników.
Organizacja była bardzo dobra. Miasteczko maratońskie z biurem zawodów mieściło się w namiotach, na łące, przy ścieżce rowerowej biegnącej lasem z miejscowości Ogonki do Pozezdrza.


Po 9:00 pojechałem rowerem po pakiet startowy, a po powrocie do domu miałem jeszcze 2 godz do startu.
Na sam bieg dojechaliśmy zaledwie z 5 minutowym wyprzedzeniem. Zmieniłem tylko szybciutko bluzę rowerową na biegową z przypiętym już numerem i stanąłem w ogonku grupy.


Startowała razem dziesiątka i półmaraton.


Trasa obu biegów się pokrywała i prowadziła w całości lasem. Półmaraton 2 pętle, dziesiątka 1.
Od początku biegłem w ogonku ok 250 osobowej grupy biegaczy.


Kilka metrów przede mną młodziutka dziewczyna (z wyglądu nie więcej niż 15 lat) "prowadziła" swoją koleżankę. Biegła przy niej i bokiem i tyłem dopingując ją do trzymania tempa.
Dopiero na dziesiątym kilometrze dziewczyny mi "uciekły", biegły na 10 km i przyśpieszyły na ostatnim kilometrze przed metą.

Trasa była dosyć wymagająca. Piasek, błoto z dużą ilością podbiegów. Tylko około kilometra gruntowej ale utwardzonej ścieżki rowerowej.
Na pół kilometra przed końcem pierwszej pętelki mijałem Grażynkę z aparatem.


Powiedziała, że mam 57 min, więc pełne okrążenie wyszłoby w ok godzinę. Teoretycznie miałem szansę ukończyć bieg w 2 godziny.
Przebiegając przy linii mety okazało się, że prawie wszyscy zakończyli bieg a ja musiałem zrobić nawrotkę z zacząć drugą pętlę. Biegłem sam, bardzo daleko przed sobą zauważyłem 2 biegaczy. Przez parę minut drugiej pętli mijałem jeszcze osoby kończące bieg na 10 km.

Moje tempo słabło, chociaż nie czułem takiego spadku energii jak tydzień wcześniej w Kościanie. Biegłem za panem prowadzonym przez kolegę na rowerze. Ani z przodu ani z tyłu nikogo innego nie widziałem.


Na 12, może 13 km, wyprzedził mnie inny pan i dalej biegł pomiędzy mną a biegaczem z "rowerowym dopingiem". Po jakimś czasie cała trójka oddaliła się i zniknęła mi z oczu. Dopiero na 16 km ujrzałem ponownie biegacza z rowerzystą, ale już bez pana który mnie wyprzedził.
Pan biegnący przeplatał marsz z truchtem więc udało mi się ich wyprzedzić, a ma 19 km ujrzałem przed sobą pana który wyprzedził mnie wcześniej. Wiedziałem, że nie mam szans go dogonić, gdyż był za daleko a ja nie miałem siły na szybki bieg. Nieznacznie przyśpieszyłem i skróciłem dzielący nas dystans do kilkudziesięciu metrów.
Nie miałem pojęcia w jakim tempie pokonałem drugie okrążenie. Po pierwszym okrążeniu liczyłem na czas 2:10 na mecie. Wiedziałem też, że nie wiele osób biegnie za mną.


Zobaczyłem na zegarze 2:07, pomyślałem, że to dobry czas. Było to jednak 2:17.


Następna osoba dobiegła do mety ponad minutę po mnie i nie był to pan z rowerzystą, których wyprzedziłem.
Po mnie na metę wbiegło już tylko 4 osoby, ostatni z czasem 2:22:50.


10 zawodników nie zostało sklasyfikowanych, nie było ich na punkcie kontrolnym na 13.5 km.
Podsumowując: Na takich małych, kameralnych biegach raczej nie startują osoby biegające półmaraton w czasie powyżej 2:30.  Tak było 2 lata temu w Tczewie i teraz też.

Biegowy sezon zakończyłem, mój organizm domaga się odpoczynku. Pewnie do końca stycznia przyszłego roku powinienem pozwolić sobie na regenerację :-)


Grażyna:
Mam zawiechę i nie wiem co napisać...
Trochę myśli już umknęło, a trochę, zapewne, zazdrość mnie zżera ;-P
Cieszę  się, że Jacek zdecydował się na bieg u nas, bo przynajmniej wiem, że NASZE biegi, organizacyjnie, w niczym nie ustępują tym większym, masowym.
Smakują nawet lepiej, gdyż jest kameralnie, bez tłumów, wokół sama natura, piękny przełaj, trudna trasa (tak usłyszałam od biegacza, na 100% nie nowicjusza), biegacze na mecie witani z imienia i nazwiska :-)


Znając trasę jak własną kieszeń mogłam swobodnie przemieszczać się z aparatem wiedząc, że wszędzie zdążę ;-)
Jedyny minus to zimno, którego biegacze nie odczuwali, ale wolontariusze i paparazzi :-D niestety TAK!
Po 2 godz szczękałam zębami i zaczął padać deszcz.
Nie czekaliśmy na losowanie nagród :-(
Jacek zjadł zupkę i kiełbachę i ruszyliśmy do domu - rowerami 15 min.


Miasteczko było maleńkie, ale tak pomyślane, żeby jak najbardziej ludzisków od zimna ochronić, czyli namioty, ogniska, ciepłe posiłki, herbata (czarna, zielona - do wyboru), kawa.
Opłata startowa nie wygórowana i naprawdę wszystko było, nawet koszulka :-)
Może za rok odważę się wystartować po moim lesie na dyszkę ;-) bo w tym roku odpuściłam... a potem żałowałam ;-P



Grażyna i Jacek