13 maja 2017

Motocykl.

Jacek:
Motocykl - jedno lub dwuśladowy mechaniczny pojazd drogowy bez nadwozia, o masie własnej do 400 kg, posiadający dwa lub trzy koła jezdne, wyposażony w silnik spalinowy o pojemności powyżej 50 cm3 (do 1945 roku - powyżej 100 cm3), przeznaczony do przewozu jednej lub dwóch osób (trzech w przypadku kosza bocznego) - Wikipedia.


Wynaleziony nie został, wcale w USA ani Japonii. Wynaleźli go dwaj Niemcy: Gottlieb Daimler i Wilhelm Maybach, którzy w 1885 roku zamontowali do roweru silnik spalinowy, napędzający paskiem klinowym tylne koło.
Pierwsza wzmianka o motocyklu pochodzi jednak z Francji.
W 1791 roku w Paryżu hrabia Made de Sivrac zademonstrował oryginalny pojazd.
Dwa koła zapożyczone z wozu konnego, umieszczone jedno za drugim, połączone drewnianą ramą.
Wzmianka o napędzie tego "cuda"  pochodzi dopiero z 1869 roku. Była to stalowa konstrukcja Pierre'a Michaux i jego syna Ernesta, którzy zamontowali lekką maszynę parową, nazwaną ich nazwiskiem, pozwalającą osiągnąć prędkość 16 km/h.
Jednak to dopiero pojazd Gottiebba Daimlera uznany został za prototyp motocykla.
Silnik z pionowym cylindrem, zasilany naftą, został umieszczony w ramie pomiędzy dwoma kołami.
Siedzenie było na wysokości 900 cm, więc do w miarę bezpiecznej jazdy zamontowano boczne kółka :)
Koła nie miały ogumienia, gdyż nie było ono jeszcze znane.


Motocykle coraz częściej gościły ma drogach z początkiem XX wieku.
Były znacznie tańsze i ekonomiczniejsze niż samochody, a tak samo pozwalały na szybsze przemieszczanie się.
Pierwszym Polskim motocyklem był Lech z dwusuwowym silnikiem o pojemności 500 cm3 produkowany w Opalenicy w latach 1929- 1932.



Bardzo szybki rozwój motocykli nastąpił dopiero na potrzeby II Wojny Światowej i w tamtym okresie stały się bardziej popularne niż samochody.

Sam osobiście jestem bardziej fanem rowerów niż motocykli, a w,swoim życiu miałem:
jako nastolatek - Rometa Kadeta


Jawę 350


i całkiem niedawno Hondę Shadow 750


którą jeździliśmy już razem z Grażynką :-D


Grażyna:
:-) Hondzia byla jedynym motorem na który wsiadłam...
Ogólnie boję się tych maszyn, choć zachwyca mnie ich wygląd i ryk silników ;-)
Uwielbiam stać i patrzeć na pędzących motocyklistów, zwłaszcza wiosną, bo tak jak przylot bocianów zwiastują nadchodzące ciepełko :-D
Pamietam to uczucie mocy i pewności siebie, które towarzyszyło mi w momencie przyodziewania czarnej skóry i kasku...
Jednak trzykrotnie miałam okazję się przekonać jak kruche jest życie motocyklisty, przy odrobinie nieuwagi. Po trzecim razie zdecydowaliśmy się sprzedać Hondzię.
Zostały zdjęcia i wspomnienia, których nikt nam nie odbierze :-)

(foto z 2009 roku)

Grażyna i Jacek

30 kwietnia 2017

"Kartuska 10" - Kaszuby Biegają

Próbowałem znaleźć trochę informacji o Kartuzach lecz niewiele jest w necie. Pierwsze wzmianki o miejscowości są z przed 700 lat ale poza pojedynczymi grobami dawnych mieszkańców niewiele się zachowało.
W 1818 roku, Kartuzy zostały stolicą powiatu. Znajdowały się tu wszystkie urzędy i instytucje, które są w miastach powiatowych: Starostwo, Sąd Grodzki, więzienie, Urząd Skarbowy, Powiatowa Komenda Policji, bank, Urząd Pocztowy oraz wiele innych. Nie wiem ile z tych budynków zachowało się do dziś, bo miasto wygląda na stosunkowo młode.
Na wjeździe do miasta znajduje się Muzeum Kaszubskie


ale tym razem nie zawitaliśmy do Kartuz w celach turystycznych, tylko biegowych :-)

Sam bieg był zorganizowany całkiem nieźle, poza tym, że najpierw stało się w kolejce po numer startowy, później po czipa a później w "kilometrowej"kolejce po bawełnianą koszulkę.


Biuro zawodów znajdowało się ok 500 m od startu. Jakiś pan przy starcie pytał mnie o biuro zawodów. Wskazałem mu kierunek i powiedziałem, że to nie więcej jak 500 m, poszedł jednak po samochód i pojechał we wskazanym kierunku.
Nie wiem gdzie tam zaparkował, ale to jego problem. Dla niektórych ludzi 500 m to jak "ultras".

Start, pomimo niewielkiej liczby uczestników, był bardzo powolny, lecz po kilkuset metrach grupa biegaczy rozciągnęła się tak, że biegło się luźno, swoim tempem.


Przez pierwsze 5 km trzymałem jeszcze tempo grupki w której  biegłem, lecz 6-ty kilometr i bardzo długi podbieg tak mnie wykończył, że trudno mi było ponownie złapać rytm, a biegacze zaczęli mnie wyprzedzać.
Przez pierwsze 2 km trasa była asfaltem, później drogą gruntową po błocie aż do dziesiątego kilometra. W połowie trasy był punkt z woda, ale niewiele osób z  niego korzystało bo byliśmy nawadniani przez deszcz. Od samego startu padało, a mżawka ustała dopiero 2 km przed metą.
Ostatnie pół kilometra, kiedy poczułem asfalt pod nogami to był wymuszony finisz.
Nikogo nie wyprzedziłem, ale i nikt mnie też nie wyprzedził, chociaż słyszałem kroki tuż za plecami.
Cudem zmieściłem się w godzinie. Najsłabszy czas jak do tej pory.


Do mety dobiegło 485 osób, wszyscy zmieścili się w założonym czasie 90 minut.


Pewnie duży wpływ, na mój wynik, miał brak treningów w ostatnim okresie.
Od Biegu Piaśnickiego nie trenowałem w ogóle. Pracowałem przez 3 tygodnie non stop z sobotami i niedzielami włącznie, z jednym wolnym dniem. Nie miałem ani ochoty ani siły wyjść na trening nawet w ten dzień. Chciałem odpocząć.
Wiem, że w kolejnym biegu na 15 km tak się nie da, nie będę w stanie pobiec z marszu, bez treningów. Muszę pomyśleć jak pogodzić pracę z treningami.




Jacek

9 kwietnia 2017

Biegi Piaśnickie - Kaszuby Biegają

Jacek:
Bieg inauguracyjny z cyklu "Kaszuby Biegają" jest już za nami.
Start był w Wejherowie 08.04. - meta w Lesie Piaśnickim.
Przy "Bramie Piaśnickiej" w Wejherowie, po odegraniu hymnu, usłyszeliśmy parę słów przemówienia burmistrza, po czym głos zajął ksiądz biskup.
Mało kto był zainteresowany tym, co wielebny ma do powiedzenia...
Tłum udał się na linię startu, znajdującą się około 100 m dalej.
Zanim jeszcze biegacze zdążyli się ustawić, czołówka bez żadnej zapowiedzi ruszyła do przodu. Biegacze bardzo szybko się rozciągnęli, jeszcze przed końcem pierwszego kilometra widziałem długi sznur przed sobą, tak że nie mogłem dojrzeć czołówki.
Po kilkuset metrach od startu skręciliśmy w las na ścieżkę rowerową. Drogą leśną biegliśmy już do końca. Najbardziej wymagający  był drugi kilometr.
W biegu brała udział grupka maratończyków, którzy ten bieg traktowali lajtowo, jako rozgrzewkę przed maratonem w Gdańsku (następnego dnia).
Biegnący obok mnie chłopak spojrzał na zegarek i stwierdził, że biegnie za szybko bo kazali mu nie szybciej jak 6 min na kilometr, a biegnie tempem jakim jutro ma biec maraton.
Ludzie ci bawili się biegiem. Biegali szlaczkiem, bokiem, tyłem, widać było, że to nie ich tempo.
Na szóstym kilometrze za plecami słyszałem śpiew podczas biegu "Biegać każdy może, jeden lepiej inny gorzej..."
Dziewiąty kilometr był z górki wiec udało mi się przyspieszyć i korzystając z rezerw energii biec tak aż do mety. Ok 500 m przed metą miałem wspaniały doping w postaci małych skrzatów :-D


Na ostatnich 100 metrach słyszałem z tłumu "dajesz, dajesz, bierzesz ją" chodziło o kobietę biegnącą przede mną. Niestety była za daleko i przekroczyła linie mety o sekundę przede mną.



Czas widoczny na zegarze obserwowałem od co najmniej 20 metrów, lecz  nie miałem wpływu na to, że sekundy tak szybko uciekają. Ostatnie numerki na zegarze jakie zaobserwowałem to 57:28.
Dla kogoś, kto biega jeden dzień w  tygodniu to i tak bardzo dobrze.


W biegu udział wzięło prawie 530 osób. Wszyscy zmieścili się w czasie 90 minut.
Niektórzy do biegania podchodzą z humorem



Grażyna:
Jak zawsze gratki dla Ciebie :-)

Miałam trochę czasu, więc zwiedzałam okolicę, która była pięknym lasem i cmentarzem zbrodni niemieckiej jednocześnie (od października 1939 do kwietnia 1940 roku).
Ofiarami byli miejscowi Polacy, a także dzieci polskie i żydowskie, które wraz z całymi rodzinami były mordowane w Lesie Piaśnickim.
Piękne miejsce, cudny stary las, który był świadkiem okrutnych zbrodni i szumi o tym po dzień dzisiejszy...


Spacerując doszłam do Sanktuarium Błogosławionej Męczennicy Alicji Kotowskiej i Towarzyszy


oraz licznych, zbiorowych mogił



i pomnika upamiętniającego dzieci


Piękne to miejsce i smutne zarazem.

Cieszyłam się jak dziecko tym spacerem w samotności, bo własnie tam i tamtego dnia podjęłam bardzo ważne dla mnie decyzje, które zaczynam wdrażać w życie. Potrzebowałam ciszy i spokoju żeby móc pomyśleć :-) Tam jest idealne miejsce...

A już tak na koniec zdjęcie roku! :-D


Jacek jak je zobaczył to się przeraził i stwierdził, że jest brzydki i stary haha :-)))))
Ale tak to jest z biegaczami, na starcie są tacy piękni, gibcy, skoczni a po paru km sprytne oko fotografa wyłapuje jak to jest naprawdę :-D
Wiem, bo sama mam kilka takich fot z czasów gdy biegałam ;-)

Grażyna i Jacek


12 marca 2017

Chwaszczyńska 10



Jacek:
Rozpoczął się cykl biegów "Kaszuby Biegają".
Już o tym pisaliśmy, jest to 12 biegów + prolog, na dystansach od 10 do 21 km w różnych lokalizacjach Kaszub.
Cały cykl można było opłacić jednorazowo i startować ze stałym numerem.
Prolog, czyli "Chwaszczyńska 10" jest biegiem dodatkowym, rozpoczynającym cykl. który się właśnie odbył.

Udział wzięło 612 osób, pomimo zapisania się ponad 700.
Na początku stają jak zwykle najszybsi.


Ja stanąłem gdzieś w połowie. Po starcie nie było zbyt wielu osób spowalniających, przez których trzeba było się przedrzeć. Wystartowałem szybszym tempem niż treningowe licząc, że dotrę przynajmniej na 6 km zanim zacznę słabnąć. Kiedy na trzecim kilometrze wyprzedzałem pojedyncze osoby nie zastanawiałem się czy nie biegnę za szybko.
Na piątym kilometrze widziałem już czołówkę zmierzającą do mety, zazdrościłem im ;-)
Gdy na 6 km usłyszałem rozmowę poprzedzających mnie biegaczy, że szykują się na 55 min, to byłem zadowolony, gdyż nieśmiało liczyłem na 58 min. Dołączyłem do kilku osób z którymi biegłem aż do ostatniego kilometra.
Na dziesiątym kilometrze pan i pani biegnący obok nagle przyspieszyli. Przestałem za nimi nadążać, ale starałem się dotrzymać im tempa.
Na ostatnich 10 metrach wykorzystałem rezerwy energii, by jeszcze bardziej przyspieszyć


i na metę wpadłem o krok przed nimi :-)


Załapałem się na fotkę organizatorów :-)




Na fotce, po otrzymaniu medalu, widzę na swojej twarzy ogromne zmęczenie


Według Endomondo trasa miała 9,62 km, a mój czas to 53:42.
Pierwsze miejsce, zarazem rekord trasy zdobył pan z Ukrainy



Niestety nie ma jeszcze wyników i nie znam ani swojego czasu ani zwycięzców.

Grażyna:
Widzenie fotki jest różne, jak różna jest nasza płeć ;-P
Ja widzę ogromne zadowolenie :-D

Jacek:
Cykl biegów "Kaszuby Biegają" jest tylko częścią przedsięwzięcia biegowego kaszub.
Są jeszcze:
"Małe Kaszuby Biegają" obejmujący 10 biegów dla dzieci i młodzieży na różnych dystansach w zależności od wieku uczestnika,
"Biegowe Grand Prix Kaszub" obejmujące 10 biegów na dystansach od 1 mili do 10 km, oraz biegi o tytuł "Hard Runnera", gdzie w ciągu jednego weekendu trzeba przebiec 5 biegów: 1,6 km, 5 km, 10 km, 15 km i 21 km.
Znajdzie się coś dla każdego amatora biegania z Kaszub i nie tylko.

Grażyna:
Już od 2 lat jestem tylko na pozycji kibica i obserwatora i raczej straciłam nadzieję na powrót na ścieżki biegowe. Myślałam,że czarną rozpacz z tego powodu mam już za sobą, ale niestety, wraz z rozpoczęciem sezonu, wróciły łzy złości, żalu, bezradności i pustki.
Ale ja nie o tym dzisiaj, zresztą już wpisy na ten temat były.
GRATULUJĘ Kochanie! <3
Fajny bieg i mimo braku mocnych treningów dałeś sobie świetnie radę :-*
Niestety, trasa dla mnie pozostanie tajemnicą, ale organizacja była na 5.

Wszyscy mogli czuć się przywitani ;-)


Pakiety odbierało się w sali, w której było dość miejsca na rozciąganie i krzesełka żeby dupkę posadzić :-)



Był też punkt, gdzie można było zostawić nakrętki dla Milenki




Po biegu dla spragnionych była woda, kawa i herbata, a dla głodnych zupka z bułą :-)



Niczego nie brakowało. Nie była to kolejna masówka, trasa leśna, pogoda może nie słoneczna, ale przyjemna dla biegnących.
Trzymam kciuki za kolejne Twoje biegi z rozpoczętego cyklu, Kochanie :-*

Jacek
Z ostatniej chwili.
2 pierwsze miejsca to panowie z Ukrainy z czasami: 30:16 i 30:36.
Mój czas 53:30, na metę dotarło 595 osób, ostatnia z czasem 1:21:09.

Grażyna i Jacek

27 lutego 2017

Tęczowy Most...


To tylko pies...

To tylko pies, tak mówisz, tylko pies...
A ja ci powiem
Że pies to czasem więcej jest niż człowiek
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
A kiedy się pożegnać trzeba
I psu czas iść do psiego nieba
To niedaleko pies wyrusza
Przecież przy tobie jest psie niebo
Z tobą zostaje jego dusza

O Lusi i jej przybyciu do nas pisaliśmy TU
Miała wówczas prawie 8 lat i zakładaliśmy, że będzie z nami przynajmniej drugie tyle...
Ale życie jest nieprzewidywalne i często doświadcza nas bardzo boleśnie.
Lusia źle się poczuła, zwracała, przestała jeść, a potem pić. 
Po rtg było podejrzenie nowotworu w okolicach żołądka, po usg, że zjadła coś, co się nie strawi 
i trzeba operować.
Dostawała kroplówki, antybiotyk, leki przeciwwymiotne i w ciągu 2 tyg trafiła na stół operacyjny. 
Lekarze uprzedzali mnie, że różnie jej organizm może zareagować na narkozę, ale innego wyjścia i tak nie mieliśmy, bo groziła jej śmierć głodowa w męczarniach.
17.02. zawiozłam ją do lecznicy i czekałam na telefon.
Ok 19 zadzwonił Pan doktor, zadowolony z przebiegu operacji, mówił, że Lusia to wspaniały pies, że chodzi, wyszła siusiu, zjadła jakąś papkę i ogólnie jest super.
Nic nie zapowiadało tragedii...
18.02. rano jechaliśmy ją odebrać. Gdy weszliśmy do gabinetu mina Pana doktora nie zapowiadała niczego dobrego. Usłyszałam jak skomle w pomieszczeniu obok na dźwięk mojego głosu.
Wołała:"jestem tutaj!"
To co usłyszeliśmy od lekarza było straszne, ale to co zobaczyłam, nie do opisania.
Psinka leżała na podkładzie, nie miała nawet siły podnieść głowy, nie zamerdała ogonem, była już na morfinie.
3 godz po telefonie z lecznicy nastąpiło załamanie organizmu i nic już nie działało.
Lusia odchodziła...
Obiecałam jej w piątek, że po nią wrócę, że musi być dzielna...
I wróciłam... ale tylko po to żeby się z nią pożegnać.
O godzinie 13 dostaliśmy informację, że skrócono jej cierpienie.

Była z nami dwa i pół roku.
Podróżowała w plecaku, gdy jeździliśmy przez Polskę na rowerach, autem na Jackowe biegi.
Towarzyszyła nam prawie zawsze.
I nagle jej zabrakło...
Codziennie słyszę jej dreptanie, a gdy szczeka pies sąsiadów to mam wrażenie, że to ona. 


Nauczyła nas innej wrażliwości, cierpliwości, miłości, odpowiedzialności, empatii do zwierząt.
Bywały i dni gorsze, kiedy czasami okazywaliśmy zniecierpliwienie i nie mieliśmy ochoty na jej czułości, których Lusia NIGDY nie miała dość.
Ona zawsze była blisko nas, blisko człowieka...

Nigdy nie okazywała zniecierpliwienia czy agresji wobec człowieka czy innych zwierząt.



Była psem idealnym! Nawet gdy szukano jej żył (które po odwodnieniu pękały jak szalone) na kolejną kroplówkę, wykazywała dużo spokoju.
Mimo bólu jaki czuję, chciałabym za chwilę pomóc kolejnemu psu. Jacek też chce.
Lusia była psem wystawowym i dającym kasę w okresie rozrodczym. Jeszcze jako prawie 8-mio latka została zapłodniona aby wydoić z niej kasę. 
Świat ludzki jest okrutny! i zrozumieliśmy to właśnie dzięki niej.


Bardzo za Tobą tęsknię Lusiaczku <3


To ostatnia wspólna fotka, zrobiona dzień przed odwiezieniem jej na operację...

Wiem, że teraz jest szczęśliwa za Tęczowym Mostem, że opiekują się nią inni Bracia Mniejsi, że nic już ją nie boli i mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy i nie będzie pamiętała o moich fochach.
Chciałabym, żeby KAŻDY człowiek wreszcie zrozumiał, że pies, kot czy inny udomowiony zwierz to nie zabawka! To stworzenia, które czują i są uzależnione tylko od nas.


Nie mogę uwierzyć, że w te jej wierne, piękne czarne oczy, mogę spojrzeć już tylko na zdjęciu ;-(
Bądź szczęśliwa moja Kochana Dziewczynko :-*



"A gdy się wypełniły dni i umrzeć przyszło latem,
przez most tęczowy przeszły psy. - Równiutko. Łapa w łapę.
Od łap tysięcy dudnił most, deszcz krwawy smagał ziemię,
a one szły, i szły, i szły, ból niosąc i cierpienie.
Anioł zastukał w boże drzwi: - Mój Panie, już są blisko" -...
Popatrzył w oczy pełne łez, choć przecież znają wszystko.
U zejścia z mostu stanął Bóg - pobladły, wargi drżące - 
- jak tu utulić wszystkie psy, gdy idą ich tysiące?...
Jakimi słowy błagać ma Bóg psy o wybaczenie 
za to,że wierząc w obraz swój, dał człowiekowi Ziemię?"

Grażyna