9 października 2017

list & wiadomość




WSZYSTKIM PRACOWNIKOM SKŁADAMY NAJSERDECZNIEJSZE ŻYCZENIA 💖


Kto z młodego pokolenia pamięta jeszcze listy. Otóż było coś takiego...


Szanowne dzieci i młodzieży, do roku 1996 telefony komórkowe w Polsce można było oglądać tylko w amerykańskich filmach.
Nareszcie nowoczesna technologia dotarła też do Polski.
Pierwsze telefony komórkowe wyglądały tak



I były bardzo drogie, a więc stać na ich posiadanie oraz używanie, było tylko najbogatszych.
Historia komputerów jest wcześniejsza, ale pierwsze wyglądały tak


Zajmowały cały pokój.
Pierwsze domowe komputery w Polsce zaczęły się rozpowszechniać wraz z dostępem do internetu, też w roku 1996, wcześniej był komputer Atari, ale była to tylko zabawka


przeważnie służąca do gier.

Skoro nie było możliwości wysłania SMS-a lub e-maila pozostawały listy.
List to właśni taki e-mail tylko pisany na papierze, zwykle starannym pismem, bez używania skrótów jak w dzisiejszych SMS-ach i e-mailach, a z zachowaniem za to form grzecznościowych niespotykanych w młodym pokoleniu, np. SP na wstępie listu,  oznaczało "Szanowna Pani lub Szanowny Pan".
Tak napisany list na kartce papieru, wkładamy do koperty, zaklejamy, piszemy adres osoby do której wiadomość jest przeznaczona i naklejamy na kopercie znaczek pocztowy


co było jednocześnie potwierdzeniem wysłania tego papierowego e-maila, coś lak klawisz Enter w komputerze.
Skoro poczty internetowej nie było trzeba było zanieść tego e-maila do skrzynki pocztowej


Lub nadać w okienku pocztowym.


Następnie ten nasz papierowy e-mail jechał transportem pocztowym do poczty odbiorcy



a w odleglejsze miejsca pociągiem a nawet samolotem.

Później Pan, zwany listonoszem



wiózł naszego papierowego e-maila, zamkniętego w kopercie, do rąk odbiorcy.


Zajmowało to niestety kilka dni, albo i tygodni, ale zaletą listów było to, ze można było je dotykać, wąchać i przechowywać przez lata by móc je ponownie przeczytać.

Dzisiaj piszemy na klawiaturze komputera tekst widoczny na ekranie (ewentualne błędy poprawi nam program) klikamy enter i wiadomość wysłana w ciągu kilku sekund 😉
Technologia bardzo ułatwia nam życie, co ma swoje dobre strony, ale zwyczajnego listu nic nie jest w stanie zastąpić...

Jacek

20 września 2017

Złota Góra.

Grażyna:
Doczekaliśmy się pięknego, jeszcze letniego,słonecznego dnia 😊
Tak się złożyło, że był to kolejny bieg Jacka z cyklu Kaszuby Biegają, tym razem Bieg o Złotą Górę.
Złota Góra to wzniesienie o wysokości 235,1 m n.p.m. w paśmie Morenowych Wzgórz Szymbarskich. Znajduje się tam pomnik Bojowników Ruchu oporu oraz punkt widokowy.
U podnóża Złotej Góry corocznie, w pierwszą niedzielę lipca, odbywa się festyn kaszubski zwany Truskawkobraniem. Jest to największa impreza plenerowa na Kaszubach, a liczba jego uczestników liczona jest w setkach tysięcy 😵
W 2005 roku, w ciągu jednego dnia,sprzedano tam prawie dwie tony truskawek...

Miejsce cudowne, do tego słońce i ciepło sprawiło, że był to jeden z milej spędzonych dni 😊


Trochę latałam z aparatem, co ostatnio nie często mi się zdarza.



Momentami miałam wrażenie, jakbym była w Sztynorcie 😉


Po przygotowaniach



rozgrzewce


i starcie Jacka



miałam 50 min dla siebie 😏
Weszłam do lasu w poszukiwaniu grzybów, ale oprócz niejadalnych nie znalazłam nic, za to widoki powalały.


Wyszłam z lasu żeby popatrzeć na ludzi...

 


zresztą przed startem też trenowałam podglądactwo 😆




Nie ma lepszej zabawy niż robienie fot innym fotografującym 😉
Chyba pierwszy raz, od bardzo dawna, czułam się bardzo dobrze, taka lekka i... wolna.
Te kameralne biegi (tym razem wystartowało niewiele ponad 200 osób) są prawie jak rodzinne i przewidywalne 💗
Widzi się te same twarze, można się domyślać kto pierwszy wpadnie na metę, znajomy głos prowadzącego, znajomy młody fotograf, z którym tym razem odważyłam się zamienić parę słów o pięknych okolicznościach przyrody i pogody, sprawiają, że czułam się jak w domu.

Jacek:
Spodziewałem się bardzo szybkiego tempa i tak było.
Dystans 9,6 km, a ostatni zawodnik wpadł na metę z czasem 1:09:52. Moje założenie: zmieścić się w 50 minut.
Stojąc na starcie obok był pan o którym już pisałem. Biegliśmy razem w kilku biegach pierwsze 3-4 km zanim nie pognał do przodu. Tym razem rozglądał się po startujących. Mówił, że szuka swojego zająca. Spytałem czy będzie trzymał jej tempo, stwierdził, że to ona będzie trzymać jego.
Ja stwierdziłem, że moim zającem będzie Kasia (tak jak już pisała Grażynka tu większość uczestników się już zna jak nie z imienia to z widzenia), tylko w dwóch biegach była wolniejsza, a zwykle wpadała na metę przynajmniej minutę przede mną.
Stwierdził, że dobry obiekt sobie wybrałem.
Start był wolny w tłumie.
Kolejne 3 kilometry poniżej 5 min/km a mimo to zając powoli ale sukcesywnie się oddalał. Na początku szóstego kilometra mój zając był jeszcze około 50 metrów przede mną, ale i długi, stromy podbieg, a zając zbyt szybko kicał.  Uciekł, a ja zostałem sam sobie.
Biegnąc tak szybko na ile pozwalały mi nogi, płuca i cały organizm, dawałem się co jakiś czas komuś wyprzedzać.
Na początku 9 kilometra zrównał się ze mną pan i spojrzał na zegarek. Spytałem jak stoimy z czasem, powiedział że 38 i pół minuty. Była szansa na 50 minut. Pomimo braku sił jeszcze przyśpieszyłem i ciągnąłem do mety starając się nie zwalniać ani na moment. Nie udało się jednak nikogo wyprzedzić, a pan z 9 km był tylko 7 sek za mną co potwierdzało poziom biegaczy przede mną jak i za mną.

video

Czas na mecie 48:22 dał mi dopiero 128 pozycję na 231 startujących. Mój zając był na mecie 53 sekundy wcześniej.
Moim marzeniem jest 10km poniżej 50 min, tym razem by się nie udało, gdyż nawet jakby udało mi się utrzymać na tych brakujących 400 m tempo z ostatniego kilometra to i tak potrzebowałbym 2 minut.


Mimo wszystko mogła to być moja życiówka o kilka sekund lepsza od biegu Westerplatte z 2015 roku.


Narazie nie zasłużyłem, żeby tam wyżej stanąć.

Grażyna:
Szkoda, że znowu dla Ciebie "tylko" bieg był najważniejszy i... zajęczyce.
A był też poczęstunek, tym razem do wyboru: gulasz z makaronem, zupa pomidorowa lub kiełbaska z grilla.


Były też schody w liczbie (o ile nie pomyliłam się w liczeniu) 193, po których zakwasy czuje do dziś


No i byłam ja, Twój najwierniejszy kibic i odbiorca Twoich pierwszych wrażeń...


Grażyna i Jacek

17 września 2017

Folkowy Dwór.

Grażyna:
Wracając z biegu Kamiennych Weselników wpadliśmy do Folkowego Dworu na obiad.
Niewielka restauracyjka w Egiertowie, położona lekko na uboczu, w otoczeniu zieleni, robiła miłe wrażenie 👍


W środku było sporo ludzi i dwa wolne stoliki. Bardzo uprzejma pani, poinformowała nas, że czas oczekiwania na zamówienie to ok jednej godziny. W tym czasie zaproponowano nam czekadełko w postaci chleba ze smalcem, ogórkiem kiszonym i papryczki węgierskiej,


bo zapomniałam dodać,że w tym miejscu serwowane są potrawy kaszubsko-węgierskie i jest to (wg wizytówki) pierwsza na świecie restauracja kaszubsko-węgierska 😉
Złożyliśmy zamówienie.
Jacek: wieprzowinę w sosie grzybowym


Ja... niestety nie pamiętam nazwy 😕 dania, ale był to gulasz węgierski z kluseczkami (ziemniorami też) i surówką


Duże talerze, wypełnione po brzegi jak dla chłopa od kosy 😃
Moje danie bardzo mi smakowało. Tym razem się nie wymieniliśmy, bo trwała jakaś rodzinna impreza i głupio mi było przestawiać talerze. Skubnęliśmy tylko od siebie trochę mięsa.
Jackowe wydawało mi się trochę za suche...
Każde z dań kosztowało ok 27 zł.
Jacek zamówił sobie jeszcze lampkę wina węgierskiego (nazwy w karcie nie było).
Zamoczyłam tylko usta w celach degustacyjnych (ktoś musiał usiąść za kierownicą 😜) i tak jak nie przepadam za winem to smakowało wybornie. Delikatne, nie kwaśne, nie za słodkie, pyszne.
Miejsce naprawdę urocze, obsługa BARDZO miła, obiad dostaliśmy już po pół godz.
Za przystępną cenę najedliśmy się po kokardy, spędzając czas w przytulnym miejscu.
Na ścianach widniały kaszubskie nazwy i pozwolono nam zrobić foty 😉



Na zewnątrz piękne, kaszubskie rzeźby, które niczym nie ustępują naszym, mazurskim...



Ta piękna hortensja zawładnęła moim sercem i ciekawa jestem czy kiedyś doczekam się takiej na naszym polu, bo na dzień dzisiejszy moje sadzonki są maleńkie.
Myślę, że do Folkowego Dworu jeszcze z przyjemnością wrócimy 😍

Jacek:
Po biegu zaserwowano posiłek w postaci kiełbaski z grilla.
Nie wiedząc jeszcze o pomyśle Grażynki z obiadem w restauracji, zjadłem poczęstunek z apetytem (i się nie podzieliłem 😋).
Zamówione danie nawet mi smakowało, poza zbyt suchym mięsem, które trzeba było intensywnie przeżuwać.
Po wcześniejszej kiełbasce czułem się tak najedzony, że  tylko "dziabałem" w talerzu.
Nawet chciałem oddać swoje danie Grażynce, a wziąć od niej jedną czwartą, która jej została ale... nie oddała swojego pysznego obiadu 😅
Morał: nie objadaj się przed posiłkiem.

Grażyna:
Morał raczej taki, że zanim się najesz zapytaj jakie plany ma Twoja kobieta 😝

Grażyna i Jacek

15 września 2017

11/13 Kaszuby Biegają.

Jacek:
09.09.2017 to drugi i ostatni  półmaraton z cyklu "Kaszuby Biegają", tym razem: Półmaraton Kamiennych Weselników w Somoninie.


Nazwa wzięła się od legendy Klik
Faktycznie są to kamienie nagrobkowe plemienia Gotów, dawniej zamieszkującego te tereny. Kamienie są dosyć duże, za duże by człowiek mógł je zanieść i ułożyć, ale skoro kamień rośnie, to kilkaset lat temu były mniejsze.
Trasa, pomimo że w połowie asfaltowa, to dosyć wymagająca. Trochę gliniastego, klejącego błotka, trochę piasku, kilka krótszych i dwa bardzo długie podbiegi. 
Szybki start skutkował pierwszym kilometrem sporo poniżej 5 minut. Zwolniłem na drugim, za to przyśpieszyłem na kolejnych, trzymając tempo poniżej 5:10 min/km, aż do 7 kilometra. Potem już było wolniej, a bardzo długi podbieg na 16 km, spowodował spadek tempa powyżej 6:30 min/km. 
Dalej udało mi się utrzymać poniżej 6 min, a na 21 wykrzesałem z siebie nawet 5:08, chociaż kilka osób miało jeszcze więcej siły i mnie wyprzedziło na tym szybkim, finiszowym kilometrze. 


video

W sumie trasa fajna, a byłaby jeszcze fajniejsza sucha. Polecam ten bieg w przyszłym sezonie.
Udało mi się nawet złamać 2 godziny, było to moim marzeniem przez ostatnie 3 lata. 
Mój czas 1:56:38 pomimo, że to moja życiówka uplasował mnie dopiero na 122 pozycji na 199 uczestników, czyli nawet nie w pierwszej setce.

Grażyna:
Pierwszy raz, czekając na Ciebie, popłakałam się z radości 😄
Zerkając na Endo i śledząc Twoje poczynania, zdałam sobie sprawę, że ziści się Twoje marzenie i złamiesz 2 godz na półmaratońskiej trasie 😍
Brawo Kochanie!!! 😘
Pogoda jak zwykle nas nie rozpieszczała...


Chyba na tych 11 biegów tylko trzy razy mieliśmy szczęście oglądać słońce.
Ten bieg i widok Twojej uśmiechniętej, szczęśliwej buzi zapamiętam na zawsze 😊


Somonino to piękna miejscowość o sporych przewyższeniach i tylko deszcz i szarzyzna zniechęcały do robienia zdjęć.


Po biegu postanowiliśmy zjeść obiad poza domem.
Wyszperałam w necie knajpkę z dobrymi opiniami, ale o Folkowym Dworze wpis już wkrótce 😉


Grażyna i Jacek

9 września 2017

Wook.

Grażyna:


Końcówka sierpnia to zapowiedź końca lata.
Nie wiem dlaczego, ale nie jest ono moją ukochaną porą roku, wolę wiosnę i jesień 😉
Początek września, tym razem, jest dla mnie symbolem nadchodzącego NOWEGO.
Tak więc, aby uczcić nowe i pożegnać stare, postanowiliśmy wybrać się na obiad.
Padło na chińszczyznę.
Dla nas to święto, bo mamy węża w kieszeni na żarełko po za domem 😁
Nie mam zbyt dużego rozeznania w chińskiej kuchni, jeśli chodzi o smaki, ale wiem co mi smakuje a co nie 😊
Doszliśmy do wniosku, że zamówimy dwa różne dania, każdy zje połowę i zamienimy się talerzami 😎
Padło na:


przy czym pierwszy zestaw był moim wyborem, a drugi Jacka.
Wieprzowina z imbirem po tajsku bardzo mi smakowała. Danie dość pikantne, smaki wyważone, takie akurat. Najpierw bawiłam się pałeczkami (po raz pierwszy w życiu 😆), ale moje tempo jedzenia było gorsze niż ślimacze i sięgnęłam po widelec.
Zresztą musiałam to zrobić, bo patrząc z jaką prędkością znika zawartość talerza Jacka, bałam się, że pozostanie mi tylko jego talerz do wylizania 😜


Był głodny (po 18 km treningu) i skupiał się na najedzeniu a nie na smaku 😂
Zjadłam 1/3 swojej porcji, Jacek 2/3 swojej gdy wymieniliśmy talerze.
Pierwsze kęsy były ok, ale po kolejnych miałam wrażenie, jakby do Zintoo z kurczaka ktoś wsypał szklankę cukru. To bezsprzecznie nie jest mój smak i więcej się na niego nie skuszę.
Byłam wdzięczna Jackowi, że nie zostawił mi większej porcji 😂


Zdjęcia w takiej kolejności w jakiej żarełko zostało opisane.
Dzień fajny, tylko dla siebie i musimy zacząć takie wypady robić przynajmniej raz w miesiącu i celebrować wspólnie spędzany czas, bo przecież nie wiemy ile nam go jeszcze zostało...


Jacek:
Jedliśmy już kiedyś danie z tej restauracji. Był to zestaw przysmaków różnorakich 😊 przyrządzonych przez chińczyków, typowe danie dla dwóch osób.
Tym razem chińczyków nie było. Może już tylko liczą kasiorkę, a pracują Polacy 😛
Chcąc posmakować czegoś innego wzięliśmy dwa różne dania.
Trudno mi je porównać bo na pewno były zupełnie inne.
Polską kuchnię znamy, gdyż mamy ją na co dzień, ale warto czasami posmakować kuchni innych kultur.

Grażyna i Jacek